Poza Programem: Po prostu zginąć!
Niby to jasne, że kina nie wymyślili faceci od prasy, a internetu ludzie telewizji i racjonalnie nie powinno się mieć złudzeń, że mocno osadzone sektory będą w stanie wyjść poza utarte kanony swojej branży… Niemniej przykro patrzeć na działania wydawców prasy o charakterze samobójczym…
Czy jesteście w stanie sobie wyobrazić generała, który mając 4 armie, większość uzbrojenia wysyła tej najsłabszej? Tej która nie umie, nie chce, nie zamierza się bić? A w dodatku jeszcze stacjonuje w najmniej ważnym miejscu na froncie? Zapewne tacy byli, ale trzeba głęboko grzebać w bibliotekach, żeby odnaleźć ich zapomniane imiona. Przegrali z kretesem, podejmując działania o charakterze samobójczym - występując przeciw przeciw fundamentom strategii (dziedzina dowolna).
Część gazet właśnie taką działalność podjęła. Inwestują całkiem spore środki w zatrzymanie prenumeratorów. Kuszą - drukarkami, laptopami, gadżetami (tzw. drugiej świeżości) - byleby tylko utrzymać prenumeratora. Inwestują też w reklamę. Słowem lokują swoją energię i pieniądze w najbardziej miękki (słaby) punkt swojego biznesu. Dzielnie wydają ostatnie pieniądze na swoją najsłabszą armię. Miast poszukiwać nowych źródeł przychodów, szukać sposobów migracji do sieci, monetaryzacji sieciowego Klienta, oferować nowe produkty - “ratują” coś co raczej do uratowania nie jest. Papier i dotychczasowe metody dystrybucji - ogniwa w łańcuchu ich biznesu mocno nierentowne, do których już wszyscy wydawcy dopłacają!
Przyznam, że zawsze zdumiewała mnie polityka wspierania czegoś “co nie idzie” (”trzeba wspomóc”) i obcinania środków na coś co idzie lub choćby ma szansę “iść”. W przypadku prasy to prosta droga w przepaść i prognozy dotyczące jej pogrzebu trzeba chyba nieco zweryfikować (na wcześniejsze).
Następnym krokiem “w walce o czytelnika papierowego” powinno być chyba zatrudnienie ulicznych sprzedawców gazet i budowa kiosków z prasą (najlepiej tylko z prasą, żeby guma do żucia nie odciągała uwagi od naszego głównego produktu).
Tak giną przemysły.