O autorze

Robiłem w życiu różne rzeczy: konspirowałem przeciw komunistom, byłem dziennikarzem, managerem, przedsiębiorcą...
Mieszkałem w kilku krajach, najdłużej 7 lat w USA; w 1996 wróciłem do Polski, gdzie również robię sporo różnych rzeczy, m.in. piszę tego bloga...
Poglądy, myśli i myślątka zawarte w tym blogu są tylko i wyłącznie moimi prywatnymi poglądami i w żadnym stopniu nie odzwierciedlają stanowiska firm i instytucji z którymi jestem związany.

Poza Programem: “Marketing miejsc”

Trwonienie pieniędzy podatnika to standard pod każdą szerokością geograficzną. Mam jednak wrażenie, że to co wyprawiają w Polsce samorządy w zakresie komunikacji marketingowej, grubo przekracza jakiekolwiek standardy… W 80% przypadków ro czysta amatorszczyzna.

Trudno przejechać po Warszawie, żeby nie natknąć się na jakieś bilboardy, promujące to lub inne miasto. Od pewnego czasu staram się nawet intensywnie wczytywać w przekaz tych komunikatów i w większości przypadków nic nie rozumiem. Jeśli chodzi o jakieś działania dotyczące tego czy innego konkretnego wydarzenia - zgoda, nie mam zastrzeżeń - może warto komunikować.

Płakać natomiast się chce w przypadku wszelkich kampanii “wizerunkowych”, które naprawdę nie wiadomo czemu mają służyć.

David Ogilvy mawiał, że 50% pieniędzy wydanych na reklamę to pieniądze wyrzucone w błoto, tylko nikt nie wie, które to 50%. Obawiam się, że w przypadku kampanii “wizerunkowych” polskich samorządów, raczej wszystkie pieniądze, to te wyrzucone w błoto. Większość tych kampanii to kompletna amatorszczyzna i trwonienie pieniędzy podatnika.

Nie wiem kto “wymyśla” te kampanie i czemu maja one służyć. Wygląda na to jakby zajmowali się tym jacyś amatorzy, którzy wierzą, że jak powiedzą, iż miasto X jest miastem np. nowoczesnych technologii, to tak się stanie. Nie stanie się. Reklama, komunikacja, PR są skuteczne jeśli mówi się prawdę. Reklama to prawda dobrze powiedziana. Ludzie nie są idiotami - to co widzą w komunikacji musi być też w rzeczywistości! Reklamowanie się jako “miasto kongresowe” - a nie ma w nim hoteli!!! - to strzał z dużego kalibru w małą stopę. Ciekawe, że rozumieją to producenci serków homegenizowanych, a nie rozumieją politycy i samorządowcy. Wiadomo nawet dlaczego - w końcu producenci serków wydają SWOJE pieniądze, a nie “podatnika”.

Jeszcze śmieszniejszą rzeczą jest gdy miasto “X” wiosną jest “stolicą kultury” a jesienią już “miejscem romantycznych kolacji”. A tak też bywa.

Samorządy powinny zrozumieć, że żeby komunikować to NAJPIERW TRZEBA MIEĆ PRODUKT. Trzeba rozeznać czego ludzie potrzebują, co nie jest zajęte w świadomości odbiorcy, określić realne możliwości a następnie dokonać wyboru strategicznego i jeżeli produkt jest gotowy - to dopiero wówczas lecieć z nim na bilboardy. Żadne miasto (obojętne ile wyda na reklamę) nie stanie się miastem nowoczesnych technologii, jeśli ich tam rzeczywiście nie będzie.

Potem zaś już tylko żelazna konsekwencja.

kwestia reklamowania czegos, czego nie ma, to jedna sprawa. zgadzam sie w pelni.

inna jest taka, ze agencje wybierane do promocji miast wybierane sa zazwyczaj w przetargach publicznych gdzie np. 80% kryterium wyboru stanowi cena. no i potem wygrywa agencja "Pan Romek i jego brat", ktora za 40 000 zobowiazuje sie robic "wszystko" przez 3 lata... no i sa efekty. a wg panow samorzadowcow pewnie lepiej (a na pewno latwiej) wyrzucic w bloto 40k niz sensownie wydac 400.

moim absolutnym faworytem jest przetarg z branzy "internetowej", nie ujawniajac szczegolow - ok 80 tys miasto we wschodniej Polsce. przedmiot przetargu: stworzenie strony www dla miast + hosting na 10 (!) lat. wygrala oferta za 3 800 PLN netto....
Sylwester
10. Grudzień 2009

Dodaj odpowiedź

Autor: Cezary KaźmierczakCezary Kaźmierczak | 1. Grudzień 2009