O autorze

Robiłem w życiu różne rzeczy: konspirowałem przeciw komunistom, byłem dziennikarzem, managerem, przedsiębiorcą...
Mieszkałem w kilku krajach, najdłużej 7 lat w USA; w 1996 wróciłem do Polski, gdzie również robię sporo różnych rzeczy, m.in. piszę tego bloga...
Poglądy, myśli i myślątka zawarte w tym blogu są tylko i wyłącznie moimi prywatnymi poglądami i w żadnym stopniu nie odzwierciedlają stanowiska firm i instytucji z którymi jestem związany.

Polityka: GOP. Kto?

Już w najbliższą sobotę może się z dużym prawdopodobieństwem rozstrzygnąć kto wystartuje w amerykańskich wyborach przeciwko Obamie. Mimo przegranej we wczorajszej debacie z Gingrichem - faworytem jest Romney. Jego przekonujące zwycięstwo w Południowej Karolinie może spowodować, że nic go nie zatrzyma w uzyskaniu nominacji Grand Old Party. Nawet południowy pas biblijny, raczej mu niechętny.

Zwycięstwo Romneya przed “Super Wtorkiem” (primary w wielu stanach, ponad 500 głosów elektorskich) to niezbyt częste zjawisko w prezydenckich kampaniach nominacyjnych. Nie wynika ono jednak z popularności Romneya - powszechnie uważa się, że ma on (obok Gingricha) największe szanse na pokonanie Obamy. Ale tylko niewiele ponad 30% wyborców chce głosować na Romneya, pozostali głosują “przeciw Obamie”

Ostatnie sondaże mówią o remisie - robione są jednak w czasie republikańskiej bitwy wewnętrznej (polskie kampanie wyborcze przy nich to niewinne igraszki). Po wyłonieniu kandydata szanse nominowanego na ogół idą o kilka procent w górę, co oznaczałoby, że zwycięstwo Romneya nad Obamą jest wielce prawdopodobne. Ale…

No właśnie ale… Romney to polityk gabinetowy. Wszelkie jego wystąpienia publiczne rażą pewną nienaturalnością i sztucznością, mimo lat treningu. Polemiki i spory, to też nie jest jego najmocniejsza strona. On po prostu może przegrać debaty z Obamą, który jest w tym świetny, i pogrzebać szanse na powrót Republikanów do Białego Domu.

Wygląda zatem na to, że odesłanie Obamy z powrotem do Chicago jest 50/50, niestety.

W debatach z Obamą poradziłby sobie Gingrich - ale jego akurat Romney zniszczył wydając grube miliony dolarów na negatywne spoty wyborcze w Iowa i New Hampshire. Jest mała szansa, żeby udało mu się to odwrócić.

Szkoda, bo Gingrich jest najlepszym kandydatem także dla Polski - zna i lubi, co ma jednak pewne znaczenie. Romney być może wie, że Polska leży w Europie, ale nie jest to wcale takie pewne.

Na szczęście dla Polski szans wydaje się nie mieć Ron Paul - ulubieniec polskich środowisk wolnorynkowych, które widzą tylko jego hasła wolnorynkowe, a nie chcą widzieć izolacjonistycznych. Zwycięstwo Paula oznacza de facto powrót do geopolitycznej mapy wpływów sprzed 1990 roku. Gruzja, Ukraina, kraje nadbałtyckie w perspektywie kilku lat mogłyby znaleźć się w rosyjskiej strefie wpływów. Potem być może przyszłaby kolej na Europę Środkową, a więc i na nas.

“Pokojowa” polityka Paula - również źle skończyłaby się w dłuższej perspektywie dla samych USA. Amerykańscy żołnierze musieliby szybko powrócić w niektóre rejony świata. Bez US Army, światowego policjanta, powstanie państw terrorystycznych typu Afganistan za Talibów, byłoby tylko kwestią czasu. Teraz boją się będącego w pobliżu żandarma z pałką w ręku. Gdy żandarm pójdzie do domu… Rozpoczęłoby się organizowanie przez nich państwowych zamachów terrorystycznych i nie pozwoliły by Paulowi schować się  za morzem, w obrębie swoich granic.

KOMENTARZE (1)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Witam serdecznie,

Mam odmienne poglądy na kampanie prezydencką od Pana. Przede wszystkim po pierwszych wynikach widać, że będzie to istny maraton w którym R. P. ma szansę pokonać innych kandydatów. Jeżeli dotrzyma im kroku odniesie zwycięstwa w kilku stanach i wygra w Teksasie, może okazać się, że to on stanie do walki o prezydenturę. Ulubieniec środowisk wolnorynkowych bo to jedyny wolnorynkowy prezydent. Cała reszta to bagno nie dające szans na zmiany i nic innego. Wygrana R. P. spowoduje, że USA największe światowe mocarstwo zwróci się ku normalizacji. To co mamy dzisiaj to istne szaleństwo i cyrk na kółkach. Miejmy nadzieje, że w takiej sytuacji inne państwa zrewidowałyby swoją politykę. Co do zdanie, że R. P. to tragedia dla Polski? Nie widzę żadnego związku między USA a naszym bezpieczeństwem. Nie widzę również żadnego zagrożenie terrorystycznego dla Polski. Nie będę się rozpisywał im więcej wolnościowych i wolnorynkowych państw na świecie tym lepiej.
Detri
01 02 2012, 18.29
Autor: Cezary Kaźmierczak | 17.Stycznia 2012

Polityka: Napięte cele

Zarządzanie zmianą w Państwie jest bardzo podobne do zarządzania zmianą w firmie. Nie sprawdzają się minimalistyczne cele, hamletyzowanie, brak wizji i zdecydowania. Doskonale za to sprawdza się zasada, że jeśli będziesz robił tak jak dotychczas, to osiągniesz to co dotychczas. I obecny rząd to osiąga.

Zapowiedź Premiera - skrócenia czasu procesów w Polsce o 30%, wywołała pozytywne reakcje większości komentatorów. Może i jest się z czego cieszyć, bo jak na obecną ekipę to iście rewolucyjna zapowiedź. W innych dziedzinach plany są bardziej minimalistyczne, albo nie ma ich w ogóle.

Cóż to oznacza w praktyce? Że proces zamiast 3 lata będzie trwał 2 lata?  Marne pocieszenie.

Jako przedsiębiorca miałem kilka sądowych sporów gospodarczych. Trwały po 3-4 lata! W USA sędzia w Small Claim Court (sądy od drobnych spraw) rozstrzygnąłby taką sprawę na jednym posiedzeniu - wysłuchał stron sporu, zapoznał się z dowodami, ewentualnie zadał dodatkowe pytania i wydał wyrok. Od zgłoszenia sprawy do wydania wyroku upłynęłoby od 2 do 4 tygodni. W Polsce sędzia pod byle pretekstem odracza sprawę na 3-4 miesiące i teraz rząd obiecuje nam, że skróci ten absurd z 3 lat do 2!

Pomijając już, że jest to niezadowalające, to takie stawianie celów i przyjęty model zmiany pozwalają domniemywać, że nawet to się nie uda. Polskiego wymiaru sprawiedliwości nie da się bowiem naprawić - można go jedynie zbudować od początku.

Na to jednak rząd i mainstreamowa opinia publiczna się nie godzi, najczęściej argumentując to, że to “niemożliwe” lub “zbyt skomplikowane”. Jeśli przytacza się jakiś przykład udanej zmiany z USA, kwitowane jest to machnięciem ręki i stwierdzeniem zamykającym dyskusję “A to zupełnie coś innego, to duży kraj”. Jeśli przytacza się coś z Estonii - to samo: ”A to zupełnie coś innego, to mały kraj”. Inny koronny argument to: “Czy ktoś to zrobił na świecie wcześniej?”…. No, elity polityczne Rzeczpospolitej, to koła raczej by nie wymyśliły… I tak dalej. Żadna dyskusja jest niemożliwa.

W Polsce niemożliwa jest więc “druga Estonia”, która po kilkunastoprocentowym spadku PKB po wybuchu kryzysu sub-prime ostro wzięła się za oszczędności i w tej chwili jest drugim najmniej zadłużonym krajem na świecie. Ich dług to 6% PKB, nasz 52,8%. Rezerwy walutowe Estonii w przeliczeniu na głowę mieszkańca są kilkunastokrotnie wyższe niż nasze.

Niemożliwa jest też “druga Gruzja”, która wzięła się się po Rewolucji Róż za walkę z korupcją i postanowiła zderegulować gospodarkę. W ciągu kilku lat w rankingu Banku Światowego awansowała z 137 miejsca na świecie na 12! My od lat pałętamy się +-5 w okolicach 70 miejsca.

Podobne przykłady można mnożyć.  Ciekawe co osiągnęła by Estonia czy Gruzja gdyby postawiły sobie równie “ambitne cele” jak nasz rząd, że chcą coś poprawić o 30%?

Na pewno nie osiągniesz więcej niż chcesz.

Przypomina mi się pewien case biznesowy, którego uczą w szkołach biznesu w USA. Otóż firma Johnson & Johnson ponosiła poważne straty przy przestawianiu linii produkcyjnej na inny rodzaj kosmetyków. Proces przestawiania trwał około 30 dni i kolejni szefowie firmy usiłowali skrócić ten proces o 1-2 dni - jak nie przymierzając nasz Premier. Aż przyszedł wreszcie ktoś kto chciał rozwiązać ten problem. Zwołał specjalny zespół i oświadczył, że nie interesuje go skrócenie przerwy technologicznej z 28 do 27 dni, tylko z 28 dni do 1 dnia, i nakazał szukanie takiego procesu, gdzie “niezwykle skomplikowanych operacji dokonuje się w bardzo krótkim czasie”.

I udało się. Znaleziono taki proces na torach Formuły 1, gdzie podpatrzono, że w bolidach wymienia się całe bloki elementów, na wcisk, bez montażu.

Tą metodę nazwano “metodą napiętych celów“. Jestem coraz bardziej sceptyczny czy doczekam kiedyś takiego przywództwa w Polsce.

KOMENTARZE (1)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Piekne. Nic dodać nic ująć.
Tu trzeba dobrego chirurga, który wytnie wrzód jednym cięciem skalpela a nie będzie chechłał tępym nożem.
Cantillon
30 12 2011, 19.01
Autor: Cezary Kaźmierczak | 29.Grudnia 2011

Polityka: Tusk Grekom

Platforma chyba przestała brać jakieś proszki (albo właśnie zaczęła) i nie chce sobie porządzić 4 lata. Bowiem, jak Polacy zorientują się, co mają finansować to może im się to bardzo nie spodobać.

Jednym z ustaleń  nie wiem już którego  ”przełomowego szczytu przywódców UE”  jest to, że kraje spoza strefy E17, również mają się dorzucić do “ratowania Euro”. W zależności od rozwoju sytuacji ma to być 6 lub 9 krajów, które dorzucą 50 mld Euro, w tym na Polskę przypadnie prawdopodobnie  kilkanaście miliardów Euro.

Oczywiście są to pieniądze wyrzucone w błoto - te 200 mld Euro (= E17 + 6 lub 9) nie wystarczy nawet na spłatę odsetek od zadłużenia E17, które wynosi już 7 bilionów Euro. - Kupują czas, tylko nie wiadomo po co - powiedział ostatnio pewien mój znajomy. Jak to po co? - ja wiem. Pani Angela Merkel i Pan Nicolas Sarkozy nie chcą dopuścić do upadku Euro przed przyszłorocznymi wyborami w swoich krajach, bo liczą na reelekcję, co jest bardzo mało realne. Za to ma płacić polski podatnik.

No, ale ja jestem oszołomem, otumanionym spiskową teorią dziejów, nie znam się. Na pewno nie na to. Na pewno pójdzie to na ratowanie Grecji.

Zatem proszę bardzo, oto jak przeciętny Kowalski będzie finansował przeciętnego Zorbę.

Przeciętna emerytura Zobry wynosi około 7000 PLN (1500 Euro), Kowalskiego - 1500 PLN.

Zorba minimalnie zarabia u siebie 4000 PLN, Kowalski znowu 1500 PLN.

Praca Zobry opodatkowana jest w wysokości 20%, z czego pracodawca płaci 13,33%, a pracownik 6,67%. Kowalski o takim “ozusowaniu” swojej pensji może pomarzyć - akzyza na pracę w Polsce to 60-70%! Itd,. itp.

Porównanie z Włochami jest jeszcze bardziej drastyczne.

Ze wszystkich raportów jakie widziałem - również rządowych - jasno wynika, że koszty pracy w Polsce (wyższe niż w krajach skandynawskich) są podstawową przeszkodą w rozwoju gospodarczym.

I przy tym wszystkim Premier polskiego rządu, zamiast je obniżać, podnosi je (składka rentowa)  po to by beztrosko, lekką ręką wyrzucić w błoto kilkanaście miliardów Euro, własności polskiego podatnika! Bo rząd oczywiście nie ma żadnych własnych pieniędzy, a tylko te które odbierze w formie podatków Obywatelom. I tu dla rządu mam złą wiadomość - świadomość tego faktu jest coraz bardziej powszechna.

Te pieniądze, które “pożyczymy” na utrzymanie Euro do wyborów we Francji i Niemczech, są raczej nie od odzyskania.

A jeśli nawet nie o to chodzi - to pomysł, żeby biedny polski podatnik finansował wielokrotnie bogatszego podatnika greckiego, o włoskim już nie wspominając, jest tak niedorzeczny, że trudno go nawet komentować. Gdyby coś takiego wydarzyło się w realnej gospodarce, Prokuratura natychmiast sięgnęłaby po swój ulubiony artykuł dotyczący “działania na szkodę spółki”.

Ale to co w realnym życiu jest przestępstwem, w polityce działaniem na rzecz dobra.

KOMENTARZE (4)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Strefa EURO jest już raczej nie do uratowania. Już dawno dług publiczny tej strefy przekroczył bezpieczny próg. Wziąwszy pod uwagę dwukrotnie wyższy dług publiczny USA, mamy do czynienia z początkiem końca dominacji świata zachodniego nad resztą świata. Co w związku z tym będzie się dalej działo? Trudno przewidzieć. A wszystkiemu są winne prymitywne koncepcje Obamy, że receptą na kryzys może być drukowanie dolarów, oraz absurdalne założenie, że deficyt budżetowy w państwach UE może oscylować wokół 3% PKB, a nie wokół 0%. Co w obecnej sytuacji należy zrobić? Grekom należy podziękować, nie dać ani centa i wyrzucić ze strefy, bo po prostu oszukiwali, i dlatego teraz niech robią sobie co chcą. Natomiast pozostałe państwa strefy EURO powinny zobowiązać się do zerowego deficytu począwszy już od roku 2012 i do podjęcia radykalnych działań naprawczych finanse publiczne w terminie 31 marca 2012, aby zerowe deficyty w roku 2012 były osiągalne. Tego powinien żądać od nich premier Donald Tusk na ostatnim szczycie. Oczywiście sam również powinien poinformować przy tym, że w Polsce budżet na rok 2012 będzie przewidywać 0% deficytu. Co ponadto? UE powinna wycofać się całkowicie z wszelkich limitów CO2, które hamują wzrost gospodarczy, oraz wprowadzić drakońskie cła na import towarów spoza UE, aby postawić tamę importowaniu tanich i bardzo niskiej jakości towarów, zwłaszcza z Chin, a więc importowaniu bezrobocia. Tego rodzaju odważnych rozważań i decyzji niestety nie było w czasie ostatniego szczytu i niestety również w artykule. Jerzy
15 12 2011, 12.31
Autor: Cezary Kaźmierczak | 12.Grudnia 2011

Myli się Robert Gwiazdowski twierdząc, że Euro to był projekt polityczny. Patrząc na to co się teraz dzieje, stawiam tezę, że był to projekt religijny, który zyskał całkiem spore grono wyznawców.

O tym, że euro nie ma większego sensu i że bogactwo narodów nie bierze się od koloru farby jaka jest nadrukowana na banknotach, Centrum im. Adama Smitha, mówiło od Niepokalnego Poczęcia Euro. Patrzono na nas z niedowierzaniem i życzliwi, dobrotliwie mówili, że się “nie znamy”, a nieżyczliwi, że jesteśmy “oszołomami”.

Było o przygniatającej mniejszości, teraz - proporcjonalnie - o przytłaczającej większości - licznym Kościele Euro, który ostatnio stracił trochę wyznawców, pojawiło się też wielu Agnostyków, ale doktryna wiary nadal ma się dobrze. Nawet teraz niektórzy namawiają, że jak najszybciej powinniśmy wskoczyć do płonącego pociągu, “żeby być w centrum wydarzeń” i “nie dać się zepchnąć na boczny tor”.

Jako osoba zawodowo zajmująca się komunikacją zielenieje i zżera mnie dzika zazdrość, jak patrzę, jaką robotę dla spekulantów (tzw. “rynków finansowych”) i europejskiej klasy urzędniczej, zupełnie bezpłatnie (przynajmniej większość) wykonują nieprzebrane zastępy ekonomistów, dziennikarzy, celebrytów i innych.

Rozpętano dziką histerię, że jak upadnie religia Euro, to ziemia zadrży, kamienie wołać będą, krowy przestaną dawać mleko, a piekarze piec bułki. Posunięto się nawet do twierdzeń, że upadek Euro grozi wojną w Europie.

Upadek Euro - który można porównać do dużej operacji wymiany pieniędzy w połączeniu ze skomplikowaną operacją denominacyjną, która oprócz krótkotrwałych skutków psychologicznych, nie rodzi żadnych poważniejszych konsekwencji, bo przecież chłopi dalej będą siać żyto, a restauracje sprzedawać pizzę - przedstawia się jako upadek Unii Europejskiej.

Tymczasem przecież UE istniała bez Euro, ponadto część państw UE ma waluty narodowe i jakoś mimo to krowy się cielą.  Zmóżdżam się najbardziej intensywnie, jak potrafię i nie wiem jak związek ma istnienie, bądź nie istnienie Euro np.  z wolnym przepływem towarów i ludzi w UE i związku takiego dostrzec nie potrafię.

Nie ma żadnego racjonalnego argumentu, który wspierałby tezę, że upadek Euro oznacza upadek UE czy wojnę. (Nb. do wojny to przydałaby się jakaś armia, której - może poza Wielką Brytanią - nie macie).

Dlatego twierdzę, że Euro to sprawa religijna i jest to temat dla teologów, a nie ekonomistów czy przedsiębiorców.

Teolodzy Kościoła Euro - przyznajmy to szczerze - nie działają całkiem bezinteresownie. Euro miało być narzędziem do integracji politycznej Europy i w perspektywie stworzenia jednego Państwa i projekt się właśnie sypie, a właściwie się rozsypał, bo wszelkie cyfry mówią, że nie da się tego poskładać z prostych powodów artmetycznych. Bez jednej waluty jednego Państwa nie będzie. Stąd ta histeria brukselskich elit urzędniczych, wpierana  przez tłumy pożytecznych idiotów. Dla pierwszych czysta polityka, dla drugich religia. Na szczęście jest jeszcze - mało obecna w dyskusjach - Jej Wysokość Ekonomia, która podobnie, jak to kiedyś zrobiła z ZSRR, porozstawia wszystkich po kątach.

PS.

Nie mogę sobie odmówić złośliwości, bydle jestem - Drogi Pawle Dobrowolski, Prezesie FOR, jak tam się czuje Euro? Czy tezy i wniosek z Waszego raportu, że należy jak najszybciej i natychmiast do Euro jest nadal aktualny?

KOMENTARZE (2)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Znaczy się jesteś dysydentem :)
http://www.for.org.pl/pl/a/418,Czy-warto-przyjac-euro-w-Polsce
Cezary Kaźmierczak
10 12 2011, 13.15
Autor: Cezary Kaźmierczak | 10.Grudnia 2011

Zapewne część Czytelników tego bloga pamięta zabawny skecz z BBC o “bezrobotnym Murzynie w podkoszulku z Alabamy”, od którego zaczął się kryzys sub-prime z 2008 roku. Kolejny również może się zacząć od niego.

Moja nieco ćwierć-poważna wizja jest taka - bezrobotny Murzyn w podkoszulku z Alabamy idzie do bankomatu w celu wypłacenia $100 dolarów na zaspokojenie swoich elementarnych potrzeb.

Nie wiadomo po co tam idzie, ponieważ nie ma tam żadnych pieniędzy, gdyż wydał je wczoraj, ale że był nieco “wzmocniony” to nie pamięta…

Bankomat mówi, że nie ma pieniędzy albo się zepsuł - bezrobotny Murzyn w podkoszulku z Alabamy w szale wybija szybę i zaczyna krzyczeć, że banki przestały wypłacać pieniądze… Wieść zaczyna się roznosić… Trafia na Facebook, Twitter etc. Pojawia się plotka, że politycy już wypłacili… Lud rusza na banki, żeby wypłacić pieniądze… A tam ich nie ma…

Miasto zaczyna płonąć…

Banki na gwałt usiłują zmaterializować “instrumenty finansowe”, które im sprzedał Goldman Sachs - okazuje się, że niezwykle atrakcyjny produkt “Wehikuł Inwestycji Struturalnej”, to w istocie toksyczne papiery Grecji i Włoch zmieszane z opcjami na kauczuk opartymi na bawełnie. Nie każdy bank był tak zapobiegliwy i szybki, żeby wzorem Goldmana, natychmiast to sprzedać dalej dla “młodych, wykształconych z wielkich miast” plus dla jakichś KGHM-ów.

Pieniędzy nie ma.

Do bezrobotnego Murzyna w podkoszulku z Alabamy przyłączają się “młodzi, wykształceni z wielkich miast”, którzy ze zdumieniem dowiadują się, że ich czadowy produkt bankowy “Platinium VIP 1500%  Half Hour”,  o niespotykanej stopie zwrotu, to w istocie warte “0″ toksyczne aktywa składające się z obligacji Hiszpanii, Irlandii, Grecji plus 5% to w tym to opcje na kakao na bazie cen prosa, pięknie zapakowane przez magików z Morgan Stanley i równie uroczo sprzedane im przez elokwentnego “doradcę” z  ”private banking” z ich banku…

Tak to się może zacząć…

PS

Na prośbę zamieszczam skecz będący inspiracją do napisania tego postu: http://www.youtube.com/watch?v=sA7lURtsNnU

KOMENTARZE (3)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Skecz z polskimi napisami :) O "bezrobotnym Murzynie w podkoszulku" w trzeciej minucie ;-)

http://www.youtube.com/watch?v=sA7lURtsNnU
Ahk4iePaiv8u
07 12 2011, 21.02
Autor: Cezary Kaźmierczak | 07.Grudnia 2011