O autorze

W latach 80. dzialacz podziemnej opozycji, redaktor i wydawca prasy i wydawnictw drugiego obiegu. Laureat Nagrody im
Po Prostu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W latach 1989-95 w USA, redaktor w prasie polonijnej oraz manager w agencji
marketingowej. Po powrocie do Polski m.in. dyrektor sprzedazy RMF FM, zalozyciel firmy szkoleniowej Midwest ITSE oraz agencji public relations MMT
Managment, która aktualnie kieruje. Od 2005 roku ekspert ds. mediów i komunikacji i Czlonek Zarzadu Centrum im. Adama Smitha.

Jedyne co można powiedzieć o tej kampanii to, że była nijaka. Żadnej ze stron nie udało się znaleźć trafnego pola polaryzacji, niczego nie udało się znaleźć. Postulat Krzysztofa Kononowicza został spełniony. Nie ma niczego.

Jedyne co można powiedzieć o tej kampanii to, że była nijaka. Żadnej ze stron nie udało się znaleźć trafnego pola polaryzacji, niczego nie udało się znaleźć. Postulat Krzysztofa Kononowicza został spełniony. Nie ma niczego.

W takiej sytuacji wybór będzie miał wymiar transcendentalny, jakby powiedział Wieniedikt Jerofiejew. W całości zadecydują kręte ścieżki ludzkich emocji - tych uświadomionych i nieuświadomionych.

Główni kandydaci zaciekle walczyli, żeby się do siebie jak najbardziej upodobnić, co jest swego rodzaju fenomenem w skali światowej i potwierdza tezę o wyjątkowości mojego narodu wśród narodów świata.

W tej mizerii - z punktu widzenia technologicznego - nagrody otrzymują: Grzegorz Napieralski (kampania bezpośrednia), Janusz Korwin-Mikke (internet) i Jarosław Kaczyński (żelazna konsekwencja). Golden Raspberry Awards (”Złotą malinę”) zdobywa Bronisław Komorowski za fatalną kampanię, która w dodatku może mieć zgubne dalekosiężne konsekwencje dla całej partii,  co bardzo wnikliwie opisał Tomasz Wróblewski  w DGP: http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/komentarze/428287,wroblewski_jezeli_komorowski_przegra_to_nie_z_iv_rp_ale_z_unia_wolnosci.html

Ta fatalna kampania może kosztować Bronisława Komorowskiego prezydenturę, a partię czekają bardzo poważne kłopoty. Głównie dlatego, że PO de facto publicznie wyrzekła się idei, dzięki którym wygrała ostatnie wybory i zaczęła ścigać się z PIS w konkurencji pt. etatyzm.

Jak będzie w niedzielę - tego nikt nie jest w stanie przewidzieć. Można jedynie zdać się na intuicję, bo sondaże w sytuacji takiego rozchwiania nastrojów i braku jakiegokolwiek sporu, mogą być bardzo zawodne. Intuicja zaś podpowiada mi,  że z Bronisławem nie będzie najlepiej.

KOMENTARZE (11)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
@ Gonzo - szczegolnie mocne jest, ze jego "głos jest słyszalny" :) Smok Wawelski
19 06 2010, 15.57
Autor: Cezary Kaźmierczak | 17.Czerwca 2010

Sondaże wyborcze bardzo bolą polityków (szczególnie jak są niekorzystne). Był nawet pomysł (polityków oczywiście), żeby ich zakazać i powołać Państwowy Instytut jakiś tam. Tymczasem powody mijania się sondaży z rzeczywistością są z grubsza dwa: oszczędności i rosnąca liczba odmów udziału w sondażu ankietowanych.

Firmy badawcze regularnie zmagają się z oskarżeniami o fałszowanie wyników sondaży. Przodują oczywiście politycy, którzy mają słabe wyniki. Muszę wystąpić w obronie instytutów - nic takiego na istotną skalę na pewno nie ma miejsce, choć oczywiście nie można wykluczyć, że jakieś incydentalne przypadki manipulacji (raczej poprzez “tendencyjne pytania”) miały w przeszłości miejsce.

Z grubsza są dwie główne przyczyny faktu, iż sondaże nie oddają rzeczywistości wyborczej. Pierwsza to oszczędności zamawiających - najczęściej, krótkie jedno lub dwa pytania. Uniemożliwia to w praktyce selekcję głosujących i niegłosujących. Poglądy tych drugich - z punktu widzenia politycznego - są kompletnie nieistotne. Żeby zrobić badanie uwzględniające tylko głosujących trzeba przeprowadzić, solidny kilkuminutowy screening ankietowanego, za który redakcje nie chcą płacić.

Jednak ogłaszając wyniki sondażu “preferencji wyborczych” Polaków, zbadanej na “ogólnopolskiej próbie” - ani media, ani instytuty nie mijają się z rzeczywistością. Dokładnie tak jest. Brakuje tylko dopisku, że PRAWIE POŁOWA, ankietowanych nie weźmie udziału w żadnych wyborach.

Druga przyczyna - to rosnąca liczba odmów rozmowy z ankieterem. Badań w Polsce jest tak dużo, że ludzie mają dość - w zależności od deklaracji Instytutu 40-60% ankietowanych - odmawia udziału. Dopełnianie kwot przy takim poziomie odmów - ma już znaczący wpływ na pokazywany obraz. Z całą pewnością nie jest tak, że “odmowy” dotyczą wyłącznie jednej opcji politycznej, ale na pewno nie jest również tak, że rozkłady są proporcjonalne.

Co z tym można zrobić? Nic. Nie należy tylko przywiązywać nadmiernej wagi do wyników “prostych” sondaży i nie obwiniać Instytutów o manipulacje, bo na istotną skalę takie praktyki nie mają miejsca.

KOMENTARZE (6)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Czytajcie ze zrozumieniem "sondaz" to nie to samo co "badanie" - nie ma co sie czepiac. robo2
27 05 2010, 15.11
Autor: Cezary Kaźmierczak | 27.Maja 2010

Wiadomo, że mimo pewnej wyjątkowości kampanii Kaczyński - Komorowski 2010, ktoś będzie musiał pierwszy wejść na pole minowe. Zrobiła to Platforma - niezbyt udanie.

Każda udana kampania polityczna musi pokazywać głód (czyli wroga) i złoto (czyli marzenie). Kampania Kaczyński - Komorowski 2010 jest trochę wyjątkowa, ale wiadomo było, że ktoś będzie musiał pierwszy wejść na pole minowe. Zrobiła to Platforma - niezbyt udanie.

Tymczasem wojnę nerwów wygrał PIS. Platforma zaś tymczasem straciła stopę. Zobaczymy jaki będzie następny krok.

Od początku wiadomo było, że Platforma musi znaleźć dobre pole polaryzacji i nowy język konfrontacji politycznej. Nie znalazła ani jednego, ani drugiego. Potwierdza to tezę Ireneusza Jabłońskiego, że polscy politycy zawsze prowadzą swoją ostatnią zwycięską kampanię. To co wydarzyło się w ostatnią niedzielę to ciąg dalszy ostatniej kampanii parlamentarnej - zwycięskiej dla PO. Próba odgrzania kotleta, który stracił już przydatność do spożycia.

Mało tego - mam wrażenie, że PO zaczyna podążać drogą Unii Wolności, którą również w dużej mierze zlikwidowali tzw. intelektualiści. Jeżeli stawianie się “ponad”, pouczanie, obrażanie ludzi jest wg. tzw. intelektualistów pomysłem na wygranie wyborów - to radzę prześledzić losy wspomnianej wyżej partii, do której - zdaniem jednego z jej liderów - “naród nie dorósł”. Albo Platforma zdystansuje się od współczesnych neomonarchistów, którzy są ponad i wiedzą lepiej od zwykłych chamów - albo będzie miała kłopoty.

Hipotezy są trzy.

Pierwsza to tzw. “syndrom zatoki świń”, znakomicie opisany przez socjologów, analizujących myślenie osób planujących inwazję na Zatokę Świń, którzy zamknęli się w pokoju konferencyjnym i wzajemnie przyznawali sobie rację, mając w głębokiej pogardzie świat zewnętrzny.

Druga - sytuacja wymknęła się spod kontroli.

O trzeciej już pisałem - PO nie chce tak naprawdę wygrać tych wyborów. Pytanie tylko czy jednak nie przedobrzono w niedzielę.

KOMENTARZE (5)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Przed poprzednimi wyborami potrafili. Wystarczyło, że nie chcieli dać kasiorki na Instytut Sztuki Filmowej... Nie pamietacie jak Wajda i inni publikowali calostronnicowe ogloszenia w gazetach przeciwko nim? I co? Potrafili? Przeszkodziło im? Ja mysle, że raczej oni ich uwiedli. Co poniektórym imponuje fraternizacja z panem rezyserem, dyrygentem czy aktorem. Ochodnik
20 05 2010, 05.47
Autor: Cezary Kaźmierczak | 18.Maja 2010

Nasza wspaniała Konstytucja, znów daje znać o sobie. Zdaje się mamy do czynienia z kampanią, której nikt (z tych dwóch kandydatów, co mają realne szanse) tak naprawdę nie chce wygrać…

To, że kampania Kaczyński-Komorowski 2010 będzie bardzo ciekawa, również z “technologicznego” punktu widzenia - to była “oczywista oczywistość”. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że będzie aż TAK ciekawa. Bowiem nasza wspaniała Konstytucja, znów przypomniała o sobie. Zdaje się mamy do czynienia z kampanią, której nikt (z tych dwóch kandydatów, co mają realne szanse) tak naprawdę nie chce wygrać…

Wyobrażam sobie brief, który leży przed strategami obydwu kandydatów: przegrać minimalnie w drugiej turze! To gigantyczne wyzwanie komunikacyjne. Do tego stopnia, że nie wiem nawet czy Karl Rove lub Dick Morris odważyliby podjąć się tego zuchwałego zadania.

Dlaczego tak sądzę? Dlatego, że nawet pobieżna analiza systemowa, czarno na białym wskazuje, że zwycięstwo “nie opłaca” się ani Platformie, ani PIS-owi, gdyż radykalnie zmniejsza ich szanse w wyborach parlamentarnych 2011. Można się zżymać na słowa Donalda Tuska - ale powiedział prawdę: bardziej realna władza jest w Kancelarii Premiera.

Oczywiście Bronisław Komorowski bardzo chciałby wygrać, zapewne. Tyle tylko, że on, jako polityk “bez wojska”, nie będzie decydował o swojej kampanii. Będzie decydowała Partia. A partii jego zwycięstwo nie jest na rękę. Po jego zwycięstwie partia stanęłaby pod pręgierzem i musiałaby znaleźć przekonywujące wytłumaczenie, którego znaleźć się nie da: skoro nie ma już “Wielkiego Hamulcowego” i ogólnie “kaczyzm” został pokonany - to gdzie te “przyjazne państwo” i 100 innych obietnic składanych przez PO, których wcześniej nie można było realizować z tego powodu, że opozycja “blokuje” wspaniałe projekty PO w Pałacu Prezydenckim, w związku z czym PO nawet ich nie zamierza tam wnosić, bo na pewno opozycja “zablokuje”.

Jeśli Komorowski wygra wybory - ten wspaniały tytuł stanie się nieważny, opinia publiczna może dokonać linczu i wynik wyborów parlamentarnych 2011 znajdzie się pod wielkim znakiem zapytania. Również z powodu, iż wątpliwe jest, żeby Polacy (po ponad roku CAŁKOWICIE samodzielnych rządów PO) zechcieli przedłużyć tenże monopol.

Pozycja PIS-u w tej układance jest odwrotna - Platforma nadal będzie miała opowieść, dlaczego nic nie zrobiła plus dodatkowo Jarosław Kaczyński straci raczej kontrolę nad partią, która nie wiadomo czy bez jego przywództwa przetrwa. W wypadku zwycięstwa w wyborach prezydenckich - szanse PIS w wyborach parlamentarnych radykalnie się minimalizują.

Oczywiście te układanki mają sens w sytuacji, w której politycy są przekonani, że wybory wygrywa się NIE DOBRYM RZĄDZENIEM, tylko strategiczną grą pozycyjną. Nie wierzę, że polscy politycy w realniej perspektywie uznają, że dobre rządzenie to najlepszy patent na wygranie wyborów, niestety. Będą więc wojenki pozycyjne.

I cóż tu zrobić z tym strasznym briefem: przegrać wybory w II turze, niewielka różnicą głosów? Oto jest kluczowe pytanie. Samo podburzanie różnych pantofelków na Facebooku do zakładania grup przeciwko sobie może nie wystarczyć. Zresztą Platforma już ta strategię zaczęła realizować. W celu demobilizacji swojego elektoratu od dwóch dni niektórzy politycy PO głoszą tezę o wygranej ich kandydata w I turze…

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 30.Kwietnia 2010

W sytuacji, która się zrodziła w bardziej skomplikowanej sytuacji jest Platforma, ponieważ Jarosław Kaczyński z uwagi na żałobę w ogóle może się uchylić od prowadzenia kampanii wyborczej i - jak się wydaje - to chyba najlepsze dla niego wyjście. W tej sytuacji na pole minowe będzie musiał wkroczyć Bronisław Komorowski z próbą dokonania polaryzacji - jednak na bazie CAŁKOWICIE innego języka, bo prymitywnymi atakami na kaczyzm, raczej wiele nie zwojuje.

Jedno jest prawie pewne - z punktu widzenia marketingu politycznego będzie to zapewne jedna z najciekawszych kampanii politycznych. Tragiczne wydarzenia w Smoleńsku - zmieniły warunki tego wyścigu: miejsce, czas, linie startu i mety. Z całą pewnością będzie to kampania, w której o sukcesie zadecyduje, kto popełni mniej błędów.

Nie da się do niej przyłożyć klasycznych schematów kampanijnych: “Wielkiej Obietnicy” i Wroga, przez którego dzieje się “całe zło”. Każdy kto będzie chciał zagrać klasykę - prawdopodobnie przegra. Badania z ostatnich dni faworyzują Bronisława Komorowskiego. Problem z nimi jest tylko jeden - są mało wiarygodne. I bynajmniej nie z tego powodu, że przeprowadzające je instytuty nimi manipulują. Po prostu badanie reprezentatywnej próby Polaków w realiach, w których do urn wyborczych uda się 50-60% uprawnionych ma stosunkowo niewielki sens.

Z bardziej pogłębionych badań - które mogłem oglądać - wynika, że tzw. twarde elektoraty PIS i PO są mniej więcej zbliżone ilościowo i wynoszą z grubsza po 15% ogółu wyborców - co przekłada się na około 6 milionów GŁOSUJĄCYCH obywateli. Kolejne - 4 miliony GŁOSUJĄCYCH to tzw. elektorat pływający - i właśnie tutaj rozegra się batalia. Twarde elektoraty (owe 6 milionów) raczej nie zmienia swoich preferencji, choćby ich lidera złapano na rabowaniu skarbonek kościelnych. Jak się zachowa “elektorat pływający” - tego niestety nikt nie wie. W sytuacji mocnego rozchwiania nastrojów - w olbrzymiej mierze będzie to zależało od komunikacji (bardziej niż w jakichkolwiek poprzednich wyborach).

W sytuacji, która się zrodziła w bardziej skomplikowanej sytuacji jest Platforma, ponieważ Jarosław Kaczyński z uwagi na żałobę w ogóle może się uchylić od prowadzenia kampanii wyborczej i - jak się wydaje - to chyba najlepsze dla niego wyjście. W tej sytuacji na pole minowe będzie musiał wkroczyć Bronisław Komorowski z próbą dokonania polaryzacji - jednak na bazie CAŁKOWICIE innego języka, bo prymitywnymi atakami na kaczyzm, raczej wiele nie zwojuje. Czy trafi w odpowiedni język? Nie wiem - od tego jednak zależą jego zdolności mobilizacyjne dla części swoich wyborców.

Jeśli tak się stanie - kluczowa będzie reakcja PIS. Pójście na wymianę agresywnych ciosów może mu nie służyć, ale może się tak zdarzyć. Ostra bijatyka będzie bardziej korzystna dla PO, a w skrajnym przypadku dla Andrzeja Olechowskiego, choć jest to scenariusz najmniej prawdopodobny.

W każdym razie przed PIS stoi spora szansa. Zakładając model idealny - tj. że nikt nie popełni błędów, większe szanse na wygraną ma kandydat PIS. (Tyle tylko, że nie ma takich kampanii, w których nikt nie popełnia błędów). Już same twarde poparcie Radia Maryja to w warunkach polskich… 2,5 mln głosów - a więc 25% (z głosujących). Na dzisiaj wygląda, że Jarosław Kaczyński takie poparcie toruńskiej rozgłośni uzyska. Nie bez znaczenia jest też termin wyborów - część wyborców PO może być już na wakacjach.

Olbrzymie znaczenie będzie też miało czy PO uda się odkleić od tzw. warszawki, czyli lewicowych neomonarchistów, którzy już lamentują nad rozbudzonymi “demonami patriotyzmu” i publicznie ubolewają nad naszym biednym narodem, który ewidentnie nie dorósł… . W poprzednich kampaniach Donald Tusk umiejętnie dystansował się od tych środowisk i nie dopuścił do powstania w percepcji społecznej znaku równości pomiędzy wyobcowanymi “intelektualistami” a PO. Pamiętając zapewne czym to się skończyło dla Unii Wolności.

Najbliższe tygodnie powinny nieco rozjaśnić sytuację. Jeśli jednak ktoś chce orientować się w którym kierunku wieje wiatr - niech patrzy na trend, a nie na bieżące słupki. Bieżące słupki obejmują bowiem również 40% populacji, która w żadnej sytuacji do wyborów nie pójdzie.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 26.Kwietnia 2010