O autorze

W latach 80. dzialacz podziemnej opozycji, redaktor i wydawca prasy i wydawnictw drugiego obiegu. Laureat Nagrody im
Po Prostu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W latach 1989-95 w USA, redaktor w prasie polonijnej oraz manager w agencji
marketingowej. Po powrocie do Polski m.in. dyrektor sprzedazy RMF FM, zalozyciel firmy szkoleniowej Midwest ITSE oraz agencji public relations MMT
Managment, która aktualnie kieruje. Od 2005 roku ekspert ds. mediów i komunikacji i Czlonek Zarzadu Centrum im. Adama Smitha.

Internet, Media: Kto kogo?

Zapowiedzi Ruperta Murdocha dotyczące wprowadzenia płatności za content jego mediów oraz wyłączenia ich spod indeksowania przez Google i inne wyszukiwarki, sprawiają, że na rynek powraca stare leninowskie pytanie, czyli “Kto kogo?”

Wszyscy z zainteresowaniem przyglądają się starciu, które - zdaje się - lada chwila się rozpocznie, a mianowicie pojedynkowi Murdoch/News Corp vs Google i Internauci, przy czym Google i Internauci nie grają do końca w tej samej drużynie.

Murdoch agresywnie bowiem zamierza wprowadzić płatności za treści będące własnością News Corp., a co więcej wyłączyć je spod indeksowania Google i tym samym umieszczania w wyszukiwarkach. Pojedynek wydaje się być nieco ciekawszy niż ostatnie walki Andrzeja Gołoty, a i jego wynik nie jest pewny i naprawdę trudno wskazywać zwycięzcę.

Myślę, że główny problem News Corp. polega na tym, że część towaru jakim dysponuje jest zupełnie nie sprzedawalna w sieci. Jaki pomysł np. na sprzedaż zawartości The Sun, ma News Corp i kto to kupi w ilości, biznesowo sensownej? Nakładanie kalki Wall Street Journal - który po pierwsze ma unikalną zawartość, a ponadto nigdy nie rozdawał całego asortymentu za darmo - na inne tytuły Murdocha, może być myśleniem zgubnym.

Dalej wszelkie badania pokazują, że przytłaczająca większość Czytelników online nie chce płacić za treści czytane w sieci i będzie szukać substytutu… Pewna - istotna - liczba ludzi gotowa jest płacić za informacje NIGDZIE INDZIEJ NIEDOSTĘPNE i takie, które ISTOTNIE pomagają im życiu lub w pracy. Co oprócz WSJ w swoim portfolio ma News Corp, które spełnia te dwa warunki?

Pozostaje jeszcze Google, które zapewne nie będzie przyglądać się z założonymi rękami działaniom News Corp i zapewne jest w stanie wydać barrrrdzo dużo pieniędzy, żeby przeciwdziałać koncepcjom Murdocha.

Właściwie jedynym (dla mnie) silnym argumentem, że operacja może się powieść jest osoba samego Magnata - mało co mu się nie udało, ma już doświadczenie w internecie (My Space jest dochodowe!), jest prawdziwym przywódcą i swoje projekty realizuje zawsze z żelazną determinacją i ślepą wiarą w sukces.

Wyniki będą pewnie za jakieś dwa lata.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 23.Listopada 2009

Twitter nie przetrwa, nie zaspokaja naturalnych potrzeb ludzi i jest tylko chwilową modą…

Trudno doprawdy otworzyć gazetę lub Internet, żeby nie natknąć się na “coś” o Twitterze. Część marketerów - ewidentnie straciła zdrowy rozsądek: nic już nie będzie. Jak u Kononowicza. Tylko “tweety”…

Jak rozmawiam z ludźmi z sektora scricte internetowego odnoszę wrażenie, iż czują się oni, jak odkrywcy terytoriów dotychczas nieznanych, lądów nieodkrytych, gór niezdobytych… Mają w sobie tą cudowną moc i wiarę, którą daje wyłącznie poczucie stąpania tam, gdzie jeszcze nikt nie stąpał…

Niestety, tak nie jest. Przynajmniej odtąd człowiek po raz pierwszy wytłoczył wino z winogron :) Wszystko to już było. Internet i jego narzędzia SĄ TYLKO NOWYMI NARZĘDZIAMI ZASPOKAJANIA STARYCH POTRZEB. W jaskiniach ludzie też mieli potrzebę komunikowania się między sobą i w tej materii nic się nie zmieniło. Na przestrzeni wieków zmieniały się jedynie narzędzia za pomocą których, ta potrzeba była zaspokajana.

Dlatego nie wierzę w żadne nowe potrzeby ludzi, które wcześniej nie istniały, a które rzekomo Internet ma wykreować.

Taką nową potrzebą jest Twitter. Oczywiście, za “stary już jestem, żeby w dzisiejszych czasach coś mniemać, albo i nie mniemać”, jak mawiał Gombrowicz, ale gotów jestem jednak położyć dolary przeciw pestkom, że Twitter przegra na rynku. Przyglądaliśmy się temu narzędziu przez parę miesięcy w agencji i wniosek jest jeden: nie zaspokaja on żadnej trwałej potrzeby ludzkiej.

Ludzie bowiem nie mieli i nie mają zwyczaju oraz potrzeby informować się w szerszym gronie o swoim każdym kroku, nie porozumiewają się za pomocą wyrwanych z kontekstu burknięć (znaczna część tweetów je przypomina) i nie chcą być w nieustannym kontakcie. Akcje na Twitterze są po prostu nienaturalne, a wszystko to co nienaturalne - przynajmniej dotąd - w internecie przegrywało. Dlatego myślę, że Twitter przepadnie i w nieodległym czasie pozostaną na nim przypadki raczej medyczne. Natura ludzka jest silniejsza od najsilniejszej propagandy.

KOMENTARZE (1)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
A kto powiedział, że twitter kreuje nowe potrzeby?
Czasy kreowania potrzeb przez działania marketingowe już minęły jakiś czas temu. Od jakiś 40 lat żyjemy w erze zaspokajania potrzeb. Ale te potrzeby są różne i w różny sposób można je zaspokajać. Twitter niewątpliwie jest jedną z platform służących do zaspokojenia potrzeby komunikowania się. Jak długo przetrwa? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że jego siłą również jest stream i szybkość pojawiania się nowych informacji - jak w rozmowach podsłuchiwanych na ulicy... Rożnica taka, że możemy do rozmów, które nam uciekły wrócić, przeszukać itd. Kolejna siła to ograniczenie długości komunikatu.
Zagrożeniem dla twittera jest facebook - prawie system operacyjny mający również funkcjonalność twittera. Również :)

Gdybym miał ten komentarz napisać na twitterze brzmiałby pewnie tak:
#twitter nic nie kreuje - on zaspokaja gadulstwo, skończy się jak wszyscy zobaczą, że to samo ma #facebook. #socialmedia

___
BrandDoctor
14 11 2009, 22.24
Autor: Cezary Kaźmierczak | 13.Sierpnia 2009

Internet, Marketing: Web Prezydenta

Większość osób, które zdecydowały się zajrzeć na beta stronę Prezydenta RP, nie spodziewały się raczej niczego szczególnego… Cóż, Lech Kaczyński, nie jest oględnie mówiąc kojarzony z nowymi technologiami…

Większość osób, które zdecydowały się zajrzeć na beta stronę Prezydenta RP, nie spodziewały się raczej niczego szczególnego… Cóż, Lech Kaczyński, nie jest oględnie mówiąc kojarzony z nowymi technologiami…
Tymczasem przyjemne zaskoczenie. Jest to bodaj pierwsza strona polityka (czy partii politycznej) stworzona dla ludzi, a nie dla zamawiającego.Przejrzysta nawigacja, dobrze zaplanowana architektura informacji, intuicyjny układ, przyjazna grafika; no i przede wszystkim brak popisów graficznych i tzw. wodotrysków, które uwielbiają politycy (skacze, rusza się, zamienia, przechodzi, wyskakuje…). Owe wodotryski skutecznie odstraszają użytkowników, ale zamawiający ich pragną, więc agencje spełniają ich życzenia…W każdym razie bodaj po raz pierwszy (przynajmniej na taką skalę) Prezydent RP zbiera pozytywne recenzje w sieci i jak sądzę zyskał sporo sympatii, w niezbyt dotąd przyjaznym mu środowisku. No i tak pełen podziwu dla
Prezydenta czytam kolejny news dotyczący 1 Obywatela Najaśniejszej… Zajął się sprawą konia padłego na trotuar… Wzruszająca wrażliwość… Mam tylko wrażenie, że nie w sprawie nie chodzi o konia, a o tandentą sztuczkę propagandową… Bo jakby nie cierpiał z powodu tego konia, to chyba nie został wybrany na szefa Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, tylko na szefa średniej wielkości europejskiego Państwa. To - zadaje się - nieco inny zakres obowiązków. Zbliżamy się do dnia, w którym politycy dla popularności będą przebierać się za Misia. Nie - już jesteśmy w tym dniu.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 29.Lipca 2009

Internet, Komunikacja, Media: Rewolucje…

Niedługo minie 20. lat, jak jestem w tym biznesie (media & marketing) i wątpię czy był choć jeden rok, w którym ktoś nie ogłaszał jakiejś rewolucji w jednym lub drugim.

“Rewolucją” w Polsce był direct marketing, który miał zmienić biznes (1996, jak wróciłem z tułaczki do Najjaśniejszej). Potem cały szereg różnych działań, które w gruncie rzeczy były narzędziami zdobywania zaufania Klienta, ale ogłaszano je jako “rewolucje”. Potem była “rewolucja” internetowa 2000, która wiadomo czym się skończyła. Teraz mamy do czynienie z rewolucja “social media”, a nawet, jak twierdzą niektórzy, “twitterową”.

Oczywiście wymieniam najważniejsze, takie “rewolucje”, jak np. “prosumencką”, “expirence marketing”, rewolucję “Second Life” etc, pomijam jako małe i tym samym niegodne uwagi.

A życie sobie płynie, ludzie robią zakupy, całują się, obgadują, piją piwo, chodzą do pracy… I dalej tak będzie.

Histeria, która rozpętała się wokół Twittera (czy Facebooka) przypomina gorączkę złota lub bańkę spekulacyjną. Część marketerów zachowuje się tak, jakby ludzie mieli przestać się ze sobą komunikować inaczej niż przy pomocy “tweetów”. Nie przestaną.

Oczywiście, upadek druku, będzie miał daleko idące konsekwencje dla marketingu i kultury, ale nie nastąpił on bynajmniej przez Twittera czy Facebook, tylko przez Internet.
Niedługo minie 20. lat, jak jestem w tym biznesie (media & marketing) i wątpię czy był choć jeden rok, w którym ktoś nie ogłaszał jakiejś rewolucji w jednym lub drugim. Rewolucje są oczywiście małe i duże. A Twitter i Facebook  (o ile przetrwają) - będą po prostu jednymi z narzędzi, którymi ludzie komunikują się ze sobą bądź biznes komunikuje się z Klientami. To wszystko. Kolejnymi narzędziami zdobywania zaufania.

Osobiście lubię Facebook (Twittera nie bardzo) i jedno wiem - jest to nowe, silne medium. Tyle. Tak, jak kiedyś powstawały silne gazety drukowane, tak teraz powstają silne media cyfrowe.  Jedne przetrwają, inne nie. Jedne osiągną sukces, inne nie. Nic nowego - pod kątem procesów biznesowych nic się nie zmienia, tylko narzędzia.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 27.Lipca 2009

Internet, Media: Dziennik i inni

Zgodnie z przewidywaniami na rynku prasowym trwa burza z piorunami. Są pierwsze ofiary. Wiele osób zastanawia się nad porażką “Dziennika”,

środowiskowo niektórzy ze złośliwą satysfakcją, wymieniają nawet różne nazwiska, które ich zdaniem winne są faktycznego upadku tej gazety.

Owszem, nagła zmiana frontu, próba stworzenia jeszcze bardziej Gazety Wyborczej, miała pewien wpływ, ale tylko na przyspieszenie upadku, a nie była jego głównym powodem.

Prawda jest dość banalna - tytuł pojawił się na rynku w złym czasie i nic tu nic nie mogło zmienić. Walec historii. To tak jakby w latach 90. zakładać fabrykę maszyn do pisania, gdy wszystcy kupowali pecety. Są sytuacje rynkowe, w których nie można nic zrobić. Kropka.

Jesienią ma dojść do połączenia dwóch małych słoni (tj. Dziennika i Prawnej) i wg deklaracji ma z tego powstać duży słoń. Jak uczy historia marketingu niemal nigdy się to nie udaje. Jednak chętnych, żeby próbować nie brakuje. Istnieje jednak opinia, że nie jest to żadne połączenie tylko pozwolenie na wyjście z twarzą Springera z historii z Dziennikiem. Jak jest w rzeczywistości - zobaczymy jesienią.

Ja w ogóle, niestety, nie wierzę, że managerowie prasowi, mogą jeszcze coś na rynku prasowym zdziałać. Ich przywiązanie do papieru jest tak silne jak narkomana do strzykawki, blokady w mózgu zabetonowane na amen, a rozżalenie głębokie, jak morze… Ostatnia afera z ujawnieniem nazwiska bloggerki Kataryny to nie tylko opowieść o stanie duszy tego czy innego redaktora - to przede wszystkim gwałtowny protest przeciwko utracie kontroli nad treścią przez redakcje i koncerny. Niestety, czas w którym pan Iksiński czy Kowalski będzie mówił łaskawie co Polacy mogą przeczytać, a czego nie, bezpowrotnie się skończył. Część redaktorów i managerów odmawia jednak przyjęcia tego do wiadomości. Stąd te pisane jadem notki, że Microsoft zapłacił 240 mln USD za 1,6 % Facebooka i że na pewno przepłacili, a potem jak znani z rozrzutności w biznesie Rosjanie, w dnie kryzysu, płacą 200 mln USD za niecałe 2% wspomnianego Facebooka, no to już nie wiadomo co o tym myśleć…

Jestem pewien, że w Polsce mogą przetrwać jako dochodowy biznes i Gazeta Prawna i Rzeczpospolita i Parkiet (+ Wyborcza i tabloidy), ale pod warunkiem, że pogodzą się intelektualnie i emocjonalnie, że świat się zmienił i to co było, to już nie będzie. Jeśli wybiorą zdecydowany i rozsądny kurs na migrację do internetu (czyli miejsca gdzie jest CZYTELNIK, bo nie o internet chodzi, tylko o niego) mają szanse, bo mimo wszystko, u nas sprawy nie zaszły już tak daleko jak w USA.

Zależy to jednak o szybkich decyzji, bo czekanie, aż wrócą stare dobre czasy, doprowadzi do tego, co obserwujemy w USA - dla większości jest już zdecydowanie za późno.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 09.Czerwca 2009