O autorze

Robiłem w życiu różne rzeczy: konspirowałem przeciw komunistom, byłem dziennikarzem, managerem, przedsiębiorcą...
Mieszkałem w kilku krajach, najdłużej 7 lat w USA; w 1996 wróciłem do Polski, gdzie również robię sporo różnych rzeczy, m.in. piszę tego bloga...
Poglądy, myśli i myślątka zawarte w tym blogu są tylko i wyłącznie moimi prywatnymi poglądami i w żadnym stopniu nie odzwierciedlają stanowiska firm i instytucji z którymi jestem związany.

Premier Donald Tusk zapowiedział, że rząd debatuje nad zmianą zasad opłacania „składki na ubezpieczenia społeczne”. „Składka” byłaby zależna od dochodu i ma wahać się w granicach od 400 zł do 2400 zł. W arkuszu kalkulacyjnym Ministra Rostowskiego przedsiębiorcy posiadający wysoki dochód mogliby płacić niemal 1750 zł więcej, niż dzisiaj. Niestety, tylko w Exelu.

Śmiem twierdzić, że planowana regulacja jest dla przedsiębiorców neutralna. Poradzą sobie. Część przejdzie do szarej strefy, część wyprowadzi firmy zagranicę, część nawet zastosuje się do wskazań arkusza kalkulacyjnego Ministra Rostowskiego. Natomiast przytłaczająca większość zacznie płacić podatek ZUS według najniższej stawki 400 PLN, a Internet zapełni się ogłoszeniami „koszty kupię”.

Skąd wiem, że „przytłaczająca większość” będzie płaciła według najniższej stawki? Stąd, że ponad 90% samozatrudnionych tak właśnie płaciło przed wprowadzeniem przez Premiera Leszka Millera proporcjonalnego podatku dochodowego od działalności gospodarczej. Tym razem będzie identycznie.

Ciąg dalszy nietrudno sobie wyobrazić:

- Ostry spadek wpływów do budżetu państwa. Minister Rostowski nakazuje sprawdzić formuły w Exelu, ale nic to nie daje.

- Kolejne regulacje, rozporządzenia, ustawy, kontrole, pomysły w celu „uszczelnienia systemu”. Polski system podatkowy przestaje ogarniać ostatni doradca podatkowy,

- Kolejne podwyżki podatków, żeby ratować budżet – cel jak zwykle: opodatkowanie pracy i kierowcy. Nikomu nie opłaca się już pracować. Mamy wreszcie coś „drugiego”, po wcześniejszych nieudanych próbach. Drugą Grecję.

Nie wiem co jeszcze  musi się wydarzyć, żeby politycy przestali wierzyć w Exela. Obniżenie CIT – wzrost wpływów do budżetu. Podatek proporcjonalny Leszka Millera – wzrost wpływów do budżetu, mimo redukcji najwyższego opodatkowania z 45% do 19%. Obniżenie akcyzy na alkohol – wzrost wpływów do budżetu.

Exel aż wstał i włożył beret: - To niemożliwe!

Co się jeszcze musi wydarzyć? Jaki dowód jest potrzebny, żeby zrozumieli, że gospodarka to organizm, a nie mechanizm, w którym wystarczy przestawić parametr i zaczyna działać inaczej. Jeśli do organizmu wpuszcza się bakterię, to wytwarza on antyciała i się broni. W tym przypadku antyciałem będzie „koszty kupię”.

Niezależnie od intencji jest to działanie w istocie antypaństwowe – które kolejny obszar życia w Polsce spycha do świata równoległego oraz zagraża finansom Państwa. Znowu setki tysięcy ludzi będzie musiało kombinować, kręcić, oszukiwać. Znowu naruszona zostaje zasada stabilności prawa, a w wyniku spadku wpływów, czeka nas seria takich naruszeń. Pętla coraz bardziej się zaciska.

KOMENTARZE (3)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Witam,
No właśnie. A przecież Pan Rozstowski wydaje się być inteligentnym człowiekiem i wiedzieć co to rachunek ciągniony. Dlaczego nie chce o tym pamiętać - pojęcia nie mam.

Pozdrawiam,
Zbigniew
10 03 2012, 16.21
Autor: Cezary Kaźmierczak | 20.Lutego 2012

Ciężko w Warszawie o dobrą restaurację, niestety. Z różnych półek potrfelowych i na różne okazje. Powodów jest co najmniej kilka i już na tym blogu o tym pisałem. Nie brakuje natomiast wynalazków obrażających Boga i ludzi.

Z pewnych powodów jeżdżę ostatnio często ulicą Włodarzewską. Mieszkałem tam kilka lat, potem kilka lat tam nie bywałem i miałem spokój. Teraz ten spokój utraciłem. Dzieje się tak z powodu widocznych tamże reklam “restauracji” Pink Flamingo, która reklamuje się jako “restauracja amerykańska”.

To Amerykę ośmiesza, a ja kocham ten kraj i będę go bronił.

Większość ludzi, która w US nie była (lub była i $ szkoda było) myśli, że kuchnia amerykańska jest okropna. Zgoda - ta okropna też jest. Ale generalnie jeśli chodzi o restauracje nie spotkałem nigdzie lepszych knajp niż w USA, a byłem w 70 krajach świata i zawsze był to przedmiot mojego wielkiego zainteresowania. Wadą dobrych knajp w Stanach są ceny - np. obiad w najlepszym na świecie steakhouse w Chicago (Chop House, 60 West Ontario Street)  to niestety ok. $100 na głowę. No ale to są Himalaje. Takie Alpy to wydatek $40-50 za obiad. Poziom “Alp” jest jednak taki, że Warszawie to musiałbym się bardzo zmóżdżyć, żeby takie alpejskie miejsce wskazać.

Są oczywiście też restauracje smorgasboard (jesz ile chcesz za $6 -9) czy familiy restaurant ($10-20 za obiad) no ale je trzeba raczej omijać, chyba że nie ma się kompletnie forsy, a jeść przecież trzeba.  Szczególnie na początku pobytu w US zdarzało mi się w takich miejscach bywać i zaręczam, że to jednak ekstraklasa przy Pink Flamingo.

Wystrój tej “restauracji” jest niezły - odpowiada estetyce jeszcze innej kategorii amerykańskiej gastronomii, a mianowicie barom fast food, które w ogóle nie nazywają się restauracjami. Niektóre zresztą są bardzo dobre - jak jestem w Chicago ZAWSZE specjalnie jadę do Portillo w Arlington Heights, żeby zjeść wspaniałego hot doga (Vienna Beef), którego tam dają. Kiedyś w barach na Maxwell Street serwowano znakomitą Maxwell Polish Sausage, ale MS już nie ma :(

Pink Flamingo natomiast doprowadza mnie do szału dlatego, że kilkakrotnie podjąłem tam nieudaną próbę zjedzenia czegokolwiek. Żeberkami mnie po prostu rozśmieszyli, źle zgrilowane, raczej na pewno nie dopiekane i w dodatku polane najtańszym chyba sosem BBQ na rynku. W ogóle restauratora, który używa sosu BBQ ze sklepu, należałoby aresztować i bić 3 dni kijem bambusowym.

Nie wiem czy pisać o”Nachos”, które kiedyś usiłowałem tam zjeść. Obawiam się, że zbyt szczegółowy opis może spowodować, że ludzie przestaną to czytać. Może krótko: mam wrażenie, że kupili oni te “Nachos” 3 lata temu w Biedronce jako gotowe danie i na szybko rozmrozili je w mikrofalówce. Myślę, że trudno znależć w Warszawie budkę uliczną gdzie dostanie się coś podobnej jakości.

O “steakach” w Pink Flamingo  pisał nie będę, bo po prostu nie umiem. A wynalazek pt. Wyoming Cowboy Steak obawiam się, że jest podawany wyłącznie w Pink Flamingo. Już pomijając jego “jakość” -  w życiu w prawdziwych steakhousach byłem ok. 700 razy i nigdy z takim wynalazkiem się nie spotkałem. Steaki można robić z określonych ściśle miejsc w wole - wszystkie one są zidentyfikowanie i nazwane i innych nie ma (Filet Mignon, Porterhouse, Prime Rib, New York, Sirloin, Rib Eye, etc).  Okazuje się, że nie dla wszystkich. Może zresztą niepotrzebnie się czepiam - oni może jakiegoś odkrycia kulinarnego na skalę światową dokonali.

Łącznie w Pink Flamingo byłem z 5-6 razy. Sado-maso? Nie, po prostu to Park Szczęśliwicki i w żadnej okolicznej knajpie nie było wolnych miejsc.

Miejsce nadające się wyłącznie na piwo.

Ale… i tu zaczyna mną trochę trząść. Ludzie myślą, że to KUCHNIA AMERYKAŃSKA. Otóż oświadczam, że Pink Flamingo ma tyle wspólnego z kuchnia amerykańską, co ja z bombardowaniami Drezna w czasie II wojny światowej.

Amerykańska Ambasada powinna coś z tym zrobić, bo to ich naprawdę ośmiesza. Nie wiem -  ponegocjować, postraszyć, jak nic nie da wysłać Neavy Seals albo Homeland Security. Nie powinni w każdym razie tego tak zostawiać.

KOMENTARZE (2)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Za rekomendacją Czarka byłem w Chop House, 60 West Ontario Street i rzeczywiście mistrzostwo świata. Dlatego też koledze należy się 5 gwiazdek w obszarze 'wiarygodność kulinarna':) Marcin Nowacki
04 02 2012, 21.31
Autor: Cezary Kaźmierczak | 04.Lutego 2012

Rządy w Polsce traktują pracę, jak używkę i na takim samym poziomie ją podatkują. Bezrobocie wśród młodzieży sięga już prawie 25% i według szacunków - po podniesieniu składki rentowej oraz płacy minimalnej - zwiększy się o kolejne kilka procent. Co prawda daleko nam jeszcze do najbardziej postępowej Hiszpanii (dochodzi do 50%!!!), ale lepiej nie będzie.

Jakie na to recepty ma nasz “najlepszy rząd po 1989 roku”? Otóż rząd ma program “Twoja kariera - Twój wybór” mający pomóc młodym w znalezieniu pierwszej pracy.

Po lekturze bolą zęby.

Ministerstwo Pracy chyba się zawzięło i postanowiło skopiować z całego świata, co bardziej nieudane, kosztowne pomysły, które owszem - tworzą miejsca pracy - w administracji rządowej. Czasem zastanawiam się w ilu miejscach na świecie musi nie udać się pomysł “doradcy zawodowego dla bezrobotnego”, ile musi zostać spalonych pieniędzy na “szkolenia” i “staże”, ile musi powstać “bonów stażowych”, “kształceniowych”  i innych, ile razy muszą być przetestowane “ulgi” dla pracodawców, żeby politycy odpuścili.

Chyba nie ma takiej ilości razy.

Nie chcę się pastwić nad programem Ministerstwa Pracy, na który przeznaczono tymczasem 120 mln PLN. Wystarczy powiedzieć, że nigdzie na świecie jak dotąd się to nie udało i wszelkie “programy” i “ulgi” w najlepszym razie działają w okresie ich obowiązywania, po czym sytuacja się pogarsza.

Pomijam już zupełnie, że z oficjalnych danych rządowych wynika, że wypłacenie Obywatelowi 100 PLN, kosztuje podatnika 300 PLN i to tylko w roku obrachunkowym. Dalej kosztów już nikt nie liczy - a przecież doskonale wiadomo, że nawet jak się program skończy - miejsca pracy urzędników pozostają dalej. Płaci podatnik.

Oczywiście te wysiłki Ministerstwa Pracy, skończą się, jak powstanie Tybetu przeciw Chinom, co w najmniejszym stopniu nie przeszkodzi kolejnemu ministrowi, stworzyć kolejny “ambitny” program. Wszak tak czynili wszyscy poprzednicy…

Tłumaczenie od lat - mówią to chyba już wszyscy - że tylko obniżenie pozapłacowych kosztów pracy, które to mamy wyższe niż w krajach skandynawskich, może przynieść jakiś efekt - na rządzących nie robi żadnego wrażenia. Sądzę, że politycy boją się prostych i skutecznych rozwiązań, bo stawiałoby to pod znakiem zapytania ich liczną obecność. Co by się z nimi stało gdyby nie trzeba było “stymulować”, “schładzać”, “pobudzać”, “wytyczać”, wymyślać jakieś skomplikowane przepisy i daniny, a potem mnożyć dla nich ulgi… Ludzie mogliby zapytać po co ich tylu, no i przede wszystkim czy potrzebujemy rządu czy wystarczy administracja? W świecie ładu naturalnego wystarczy administracja. I oni chyba tego się najbardziej boją.

Niestety, obawiam się, że młodym ludziom będzie z każdym rokiem coraz trudniej znaleźć pracę, bo politycy nie porzucą swoich praktyk i recept, którymi nas od lat uszczęśliwiają. A ja nie wierzę, że jak przez lata postepowali w taki sposób, to nagle zmienią swoje nawyki.



KOMENTARZE (1)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Nie zrozum mnie źle, ale czasami odnoszę wrażenie, że lepiej zacisnąć zęby i pozwolić im (tj. rządowi) rozwalić to wszystko do reszty. Bo dopóki cały ten cyrk jakoś się buja, to sobie chłopaki dłubią w gospodarce i cieszą się z tego jak małe dzieci. A jak się zawali, to - podobnie jak w przypadku dzieci - będzie musiał przyjść jakiś dorosły i zrobić porządek. Ale na razie chłopcy świetnie się bawią i nie odpuszczą. I do tego czasu jesteśmy skazani na kolejny program aktywizacji bezrobotnych, ożywienia regionów, wspierania rynku itd. Czyli zombie, voodoo, czarny kot i szklana kula... Paweł Budrewicz
08 02 2012, 16.53
Autor: Cezary Kaźmierczak | 03.Lutego 2012