O autorze

Robiłem w życiu różne rzeczy: konspirowałem przeciw komunistom, byłem dziennikarzem, managerem, przedsiębiorcą...
Mieszkałem w kilku krajach, najdłużej 7 lat w USA; w 1996 wróciłem do Polski, gdzie również robię sporo różnych rzeczy, m.in. piszę tego bloga...
Poglądy, myśli i myślątka zawarte w tym blogu są tylko i wyłącznie moimi prywatnymi poglądami i w żadnym stopniu nie odzwierciedlają stanowiska firm i instytucji z którymi jestem związany.

Zakładając, że obaj kandydaci chcą wygrać - czego nie jestem wcale pewien - w wyniku powodzi, obecnie pod wozem znalazł się Jarosław Kaczyński. Wielka woda bowiem - może nie zmyła, ale rozmyła Smoleńsk…

W ciągu ostatnich dwóch tygodni sytuacja na froncie wyborczym kampanii Kaczyński - Komorowski 2010 uległa dość zasadniczej zmianie. Dwa tygodnie temu Bronisław Komorowski został zmuszony, żeby wyjść na pole minowe i wyszedł w Łazienkach. Z flintą. Uczynił to wyjątkowo niezgrabnie i wrócił z urwaną stopą. Sytuacja zaczynała wyglądać coraz bardziej smutnie - kampanią Komorowskiego i nim samym, rzucało od ściany do ściany, a Platforma wyglądała na całkiem pogubioną.

I właśnie wtedy, gdy zadawało się, że może być już tylko gorzej - przyszło wybawienie: powódź. Wisła rozmyła smoleńską traumę narodową. Jakkolwiek cynicznie to zabrzmi - powódź przykrywa Smoleńsk - nie tylko w mediach, ale też w percepcji i emocjach. Emocje znacznej części zostały wytransferowane z lasu katyńskiego na wały przeciwpowodziowe. Smoleńsk nie ma już wyłączności na współczucie.

I tak kampania Jarosława Kaczyńskiego znalazła się w punkcie, w którym kampania Bronisława Komorowskiego była przed Łazienkami. Teraz on musi wejść na pole minowe. Dwa tygodnie temu wydawało się, że może sobie spokojnie obserwować coraz większe szamotanie się kampanii Komorowskiego i nic nie robić. Teraz musi - albo przegra. Wyzwanie przed którym stoi to oczywiście polaryzacja (znaleźć pole) oraz użycie dla niej właściwego języka. Zadanie identyczne, jakie miała do przepracowania niedawno kampania Komorowskiego i na którym raczej poległa. Czy kampania kandydata PIS sobie z tym poradzi - niebawem zobaczymy.

Teraz Bronisław Komorowski może zacząć sobie “młynek kręcić”.

Czasu zostało bardzo niewiele. Aktualnie saper myli się tylko raz.

KOMENTARZE (9)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Nie wiem czy ktos ma za złe Kaczyńskiemu, ze wykonczyl Leppera - ja nie. Ale wysmiewanie sie z "odnowy moralnej" w towarzystwie Marka Belki przy jednoczesnym chwaleniu "odnowy moralnej" w towarzystwie Leppera - no to jednak roznica jest. Duza. mika stefaniak
28 05 2010, 20.07
Autor: Cezary Kaźmierczak | 27.Maja 2010

Sondaże wyborcze bardzo bolą polityków (szczególnie jak są niekorzystne). Był nawet pomysł (polityków oczywiście), żeby ich zakazać i powołać Państwowy Instytut jakiś tam. Tymczasem powody mijania się sondaży z rzeczywistością są z grubsza dwa: oszczędności i rosnąca liczba odmów udziału w sondażu ankietowanych.

Firmy badawcze regularnie zmagają się z oskarżeniami o fałszowanie wyników sondaży. Przodują oczywiście politycy, którzy mają słabe wyniki. Muszę wystąpić w obronie instytutów - nic takiego na istotną skalę na pewno nie ma miejsce, choć oczywiście nie można wykluczyć, że jakieś incydentalne przypadki manipulacji (raczej poprzez “tendencyjne pytania”) miały w przeszłości miejsce.

Z grubsza są dwie główne przyczyny faktu, iż sondaże nie oddają rzeczywistości wyborczej. Pierwsza to oszczędności zamawiających - najczęściej, krótkie jedno lub dwa pytania. Uniemożliwia to w praktyce selekcję głosujących i niegłosujących. Poglądy tych drugich - z punktu widzenia politycznego - są kompletnie nieistotne. Żeby zrobić badanie uwzględniające tylko głosujących trzeba przeprowadzić, solidny kilkuminutowy screening ankietowanego, za który redakcje nie chcą płacić.

Jednak ogłaszając wyniki sondażu “preferencji wyborczych” Polaków, zbadanej na “ogólnopolskiej próbie” - ani media, ani instytuty nie mijają się z rzeczywistością. Dokładnie tak jest. Brakuje tylko dopisku, że PRAWIE POŁOWA, ankietowanych nie weźmie udziału w żadnych wyborach.

Druga przyczyna - to rosnąca liczba odmów rozmowy z ankieterem. Badań w Polsce jest tak dużo, że ludzie mają dość - w zależności od deklaracji Instytutu 40-60% ankietowanych - odmawia udziału. Dopełnianie kwot przy takim poziomie odmów - ma już znaczący wpływ na pokazywany obraz. Z całą pewnością nie jest tak, że “odmowy” dotyczą wyłącznie jednej opcji politycznej, ale na pewno nie jest również tak, że rozkłady są proporcjonalne.

Co z tym można zrobić? Nic. Nie należy tylko przywiązywać nadmiernej wagi do wyników “prostych” sondaży i nie obwiniać Instytutów o manipulacje, bo na istotną skalę takie praktyki nie mają miejsca.

KOMENTARZE (6)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Czytajcie ze zrozumieniem "sondaz" to nie to samo co "badanie" - nie ma co sie czepiac. robo2
27 05 2010, 15.11
Autor: Cezary Kaźmierczak | .

Polityka: Żyrandol

Politycy na wałach przeciwpowodziowych rozmawiają z poszkodowanymi i zagrożonymi, zapewniając, że to nie ich wina i nic nie mogą.

“Rok 2010 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi
zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. (…) że najstarsi ludzie nie pamiętali…” Tak się zaczyna “Ogniem i Mieczem” - poza rokiem oczywiście.

Najpierw była katastrofa smoleńska, teraz powódź, w tle wybory prezydenckie…

Na wałach zaś politycy - przybywają do zagrożonych i poszkodowanych i zapewniają, “że nic nie mogą”. Donald Tusk wręcz obsobaczył jakiegoś Obywatela, że to jego wina, bo on tu nie mieszka i nie on głosował na Wójta. Okazuje się, że wszystkiemu winien Wójt. Premier zaś nie ma ze sprawą nic wspólnego.

Mam zatem pytanie: to po co tam jeździ? Po co tam pojechał? Skoro “nie ma ze sprawą nic wspólnego” i “nic nie może zrobić”?

Chyba, że jak to ujął jeden z polityków “podczas powodzi w 1997 roku również miał przyjemność tutaj gościć”.

Dla pełnej jasności: nie jestem zwolennikiem ani jednej, ani drugiej partii, ani też ich jakimś radykalnym przeciwnikiem i podzielam zdanie Premiera, że wybory prezydenckie to “walka o żyrandol” i raczej nie skorzystam ze swojego “czynnego prawa wyborczego”.

KOMENTARZE (6)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
@ MarcoPolo & balon24 - dziekuję za dobre słowo. Moze nieprecyzyjnie sie wyrazilem. Trzeba zaczac od tego, ze mi sie ustroj nie podoba (rzadza w nim niekonsytutucyjne osrodki wladzy -czyli ci ktorzy ukladaja listy wyborcze). Reszta to juz konsekwencja. Dlatego trudno mi przy jakiejkolwiek partii kliknąć "lubię to!". Rozumiem jednak skad bierze sie takie a nie inne zachowanie partii - z tego chorego systemu wlasnie, a nie dlatego, ze sa zlymi ludzmi a na dodatek jeszcze kretynami. Dlatego tez trudno mi przy jakiejkolwiek partii kliknac "bardzo nie lubię!". Ani do świętości, ani do papiestwa (na razie) nie pretenduje. Cezary Kaźmierczak
25 05 2010, 05.58
Autor: Cezary Kaźmierczak | 23.Maja 2010

Wiadomo, że mimo pewnej wyjątkowości kampanii Kaczyński - Komorowski 2010, ktoś będzie musiał pierwszy wejść na pole minowe. Zrobiła to Platforma - niezbyt udanie.

Każda udana kampania polityczna musi pokazywać głód (czyli wroga) i złoto (czyli marzenie). Kampania Kaczyński - Komorowski 2010 jest trochę wyjątkowa, ale wiadomo było, że ktoś będzie musiał pierwszy wejść na pole minowe. Zrobiła to Platforma - niezbyt udanie.

Tymczasem wojnę nerwów wygrał PIS. Platforma zaś tymczasem straciła stopę. Zobaczymy jaki będzie następny krok.

Od początku wiadomo było, że Platforma musi znaleźć dobre pole polaryzacji i nowy język konfrontacji politycznej. Nie znalazła ani jednego, ani drugiego. Potwierdza to tezę Ireneusza Jabłońskiego, że polscy politycy zawsze prowadzą swoją ostatnią zwycięską kampanię. To co wydarzyło się w ostatnią niedzielę to ciąg dalszy ostatniej kampanii parlamentarnej - zwycięskiej dla PO. Próba odgrzania kotleta, który stracił już przydatność do spożycia.

Mało tego - mam wrażenie, że PO zaczyna podążać drogą Unii Wolności, którą również w dużej mierze zlikwidowali tzw. intelektualiści. Jeżeli stawianie się “ponad”, pouczanie, obrażanie ludzi jest wg. tzw. intelektualistów pomysłem na wygranie wyborów - to radzę prześledzić losy wspomnianej wyżej partii, do której - zdaniem jednego z jej liderów - “naród nie dorósł”. Albo Platforma zdystansuje się od współczesnych neomonarchistów, którzy są ponad i wiedzą lepiej od zwykłych chamów - albo będzie miała kłopoty.

Hipotezy są trzy.

Pierwsza to tzw. “syndrom zatoki świń”, znakomicie opisany przez socjologów, analizujących myślenie osób planujących inwazję na Zatokę Świń, którzy zamknęli się w pokoju konferencyjnym i wzajemnie przyznawali sobie rację, mając w głębokiej pogardzie świat zewnętrzny.

Druga - sytuacja wymknęła się spod kontroli.

O trzeciej już pisałem - PO nie chce tak naprawdę wygrać tych wyborów. Pytanie tylko czy jednak nie przedobrzono w niedzielę.

KOMENTARZE (5)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Przed poprzednimi wyborami potrafili. Wystarczyło, że nie chcieli dać kasiorki na Instytut Sztuki Filmowej... Nie pamietacie jak Wajda i inni publikowali calostronnicowe ogloszenia w gazetach przeciwko nim? I co? Potrafili? Przeszkodziło im? Ja mysle, że raczej oni ich uwiedli. Co poniektórym imponuje fraternizacja z panem rezyserem, dyrygentem czy aktorem. Ochodnik
20 05 2010, 05.47
Autor: Cezary Kaźmierczak | 18.Maja 2010

Zaaplikowana Grecji terapia będzie miała taką samą skuteczność, jak udostępnienie narkomanowi magazynu narkotyków. Mało - po swoją działkę zgłoszą się inni europejscy narkomani. Obawiam się, że oznacza to także stagnację w Polsce - firmy w Polsce, podobnie jak po bankructwie Lehmanna, nabiorą powietrza, zatrzymają się i będą obserwować i czekać.

Pierwszy kwartał wlał wanienkę nadziei w serca polskich przedsiębiorców i korporacji działających w Polsce. Większość przestała się bać i przyglądać i podjęła normalną działalność. Niestety, wygląda na to, że ten oddech był krótki. Wydarzenia w Grecji, prawdopodobnie, spowodują drugą falę stagnacji w Polsce.

Zaaplikowana Grecji terapia będzie miała taką samą skuteczność, jak udostępnienie narkomanowi magazynu narkotyków. Mało tego - po swoją działkę zgłoszą się inni europejscy narkomani. Obawiam się, że oznacza to także stagnację w Polsce - firmy w Polsce, podobnie jak po bankructwie Lehmanna, nabiorą powietrza, zatrzymają się i będą obserwować i czekać. Pierwsze oznaki tego widać już w przemyśle usług marketingowych. Może nas czekać ciężki III i IV kwartał.

Tym bardziej, że w kolejce czekają Portugalia, Irlandia i Hiszpania. Szczególnie groźna jest sytuacja w Hiszpanii - duży kraj i duży dług: 800 mld Euro oficjalnie i być może drugie tyle ukryte w “instrumentach finansowych” spreparowanych przez specjalistów z “rynków finansowych”. Strefa Euro tego już raczej nie wytrzyma.

Nb. gdzie są ci wszyscy specjaliści od “jak najszybszego” wejścia Polski do tej strefy?

Na szczęście nie jesteśmy w tejże strefie - niemniej skutki odczujemy boleśnie, choć u nas nic bardzo niepokojącego się nie dzieje. Będą regionalne ciecia budżetów korporacyjnych, będzie zatrzymanie inwestycji, będzie “przyglądanie się” i czekanie na to co się wydarzy.

Czeka nas chyba - być może długotrwała - stagnacja.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 06.Maja 2010