O autorze

Robiłem w życiu różne rzeczy: konspirowałem przeciw komunistom, byłem dziennikarzem, managerem, przedsiębiorcą...
Mieszkałem w kilku krajach, najdłużej 7 lat w USA; w 1996 wróciłem do Polski, gdzie również robię sporo różnych rzeczy, m.in. piszę tego bloga...
Poglądy, myśli i myślątka zawarte w tym blogu są tylko i wyłącznie moimi prywatnymi poglądami i w żadnym stopniu nie odzwierciedlają stanowiska firm i instytucji z którymi jestem związany.

Nasza wspaniała Konstytucja, znów daje znać o sobie. Zdaje się mamy do czynienia z kampanią, której nikt (z tych dwóch kandydatów, co mają realne szanse) tak naprawdę nie chce wygrać…

To, że kampania Kaczyński-Komorowski 2010 będzie bardzo ciekawa, również z “technologicznego” punktu widzenia - to była “oczywista oczywistość”. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że będzie aż TAK ciekawa. Bowiem nasza wspaniała Konstytucja, znów przypomniała o sobie. Zdaje się mamy do czynienia z kampanią, której nikt (z tych dwóch kandydatów, co mają realne szanse) tak naprawdę nie chce wygrać…

Wyobrażam sobie brief, który leży przed strategami obydwu kandydatów: przegrać minimalnie w drugiej turze! To gigantyczne wyzwanie komunikacyjne. Do tego stopnia, że nie wiem nawet czy Karl Rove lub Dick Morris odważyliby podjąć się tego zuchwałego zadania.

Dlaczego tak sądzę? Dlatego, że nawet pobieżna analiza systemowa, czarno na białym wskazuje, że zwycięstwo “nie opłaca” się ani Platformie, ani PIS-owi, gdyż radykalnie zmniejsza ich szanse w wyborach parlamentarnych 2011. Można się zżymać na słowa Donalda Tuska - ale powiedział prawdę: bardziej realna władza jest w Kancelarii Premiera.

Oczywiście Bronisław Komorowski bardzo chciałby wygrać, zapewne. Tyle tylko, że on, jako polityk “bez wojska”, nie będzie decydował o swojej kampanii. Będzie decydowała Partia. A partii jego zwycięstwo nie jest na rękę. Po jego zwycięstwie partia stanęłaby pod pręgierzem i musiałaby znaleźć przekonywujące wytłumaczenie, którego znaleźć się nie da: skoro nie ma już “Wielkiego Hamulcowego” i ogólnie “kaczyzm” został pokonany - to gdzie te “przyjazne państwo” i 100 innych obietnic składanych przez PO, których wcześniej nie można było realizować z tego powodu, że opozycja “blokuje” wspaniałe projekty PO w Pałacu Prezydenckim, w związku z czym PO nawet ich nie zamierza tam wnosić, bo na pewno opozycja “zablokuje”.

Jeśli Komorowski wygra wybory - ten wspaniały tytuł stanie się nieważny, opinia publiczna może dokonać linczu i wynik wyborów parlamentarnych 2011 znajdzie się pod wielkim znakiem zapytania. Również z powodu, iż wątpliwe jest, żeby Polacy (po ponad roku CAŁKOWICIE samodzielnych rządów PO) zechcieli przedłużyć tenże monopol.

Pozycja PIS-u w tej układance jest odwrotna - Platforma nadal będzie miała opowieść, dlaczego nic nie zrobiła plus dodatkowo Jarosław Kaczyński straci raczej kontrolę nad partią, która nie wiadomo czy bez jego przywództwa przetrwa. W wypadku zwycięstwa w wyborach prezydenckich - szanse PIS w wyborach parlamentarnych radykalnie się minimalizują.

Oczywiście te układanki mają sens w sytuacji, w której politycy są przekonani, że wybory wygrywa się NIE DOBRYM RZĄDZENIEM, tylko strategiczną grą pozycyjną. Nie wierzę, że polscy politycy w realniej perspektywie uznają, że dobre rządzenie to najlepszy patent na wygranie wyborów, niestety. Będą więc wojenki pozycyjne.

I cóż tu zrobić z tym strasznym briefem: przegrać wybory w II turze, niewielka różnicą głosów? Oto jest kluczowe pytanie. Samo podburzanie różnych pantofelków na Facebooku do zakładania grup przeciwko sobie może nie wystarczyć. Zresztą Platforma już ta strategię zaczęła realizować. W celu demobilizacji swojego elektoratu od dwóch dni niektórzy politycy PO głoszą tezę o wygranej ich kandydata w I turze…

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 30.Kwietnia 2010

W sytuacji, która się zrodziła w bardziej skomplikowanej sytuacji jest Platforma, ponieważ Jarosław Kaczyński z uwagi na żałobę w ogóle może się uchylić od prowadzenia kampanii wyborczej i - jak się wydaje - to chyba najlepsze dla niego wyjście. W tej sytuacji na pole minowe będzie musiał wkroczyć Bronisław Komorowski z próbą dokonania polaryzacji - jednak na bazie CAŁKOWICIE innego języka, bo prymitywnymi atakami na kaczyzm, raczej wiele nie zwojuje.

Jedno jest prawie pewne - z punktu widzenia marketingu politycznego będzie to zapewne jedna z najciekawszych kampanii politycznych. Tragiczne wydarzenia w Smoleńsku - zmieniły warunki tego wyścigu: miejsce, czas, linie startu i mety. Z całą pewnością będzie to kampania, w której o sukcesie zadecyduje, kto popełni mniej błędów.

Nie da się do niej przyłożyć klasycznych schematów kampanijnych: “Wielkiej Obietnicy” i Wroga, przez którego dzieje się “całe zło”. Każdy kto będzie chciał zagrać klasykę - prawdopodobnie przegra. Badania z ostatnich dni faworyzują Bronisława Komorowskiego. Problem z nimi jest tylko jeden - są mało wiarygodne. I bynajmniej nie z tego powodu, że przeprowadzające je instytuty nimi manipulują. Po prostu badanie reprezentatywnej próby Polaków w realiach, w których do urn wyborczych uda się 50-60% uprawnionych ma stosunkowo niewielki sens.

Z bardziej pogłębionych badań - które mogłem oglądać - wynika, że tzw. twarde elektoraty PIS i PO są mniej więcej zbliżone ilościowo i wynoszą z grubsza po 15% ogółu wyborców - co przekłada się na około 6 milionów GŁOSUJĄCYCH obywateli. Kolejne - 4 miliony GŁOSUJĄCYCH to tzw. elektorat pływający - i właśnie tutaj rozegra się batalia. Twarde elektoraty (owe 6 milionów) raczej nie zmienia swoich preferencji, choćby ich lidera złapano na rabowaniu skarbonek kościelnych. Jak się zachowa “elektorat pływający” - tego niestety nikt nie wie. W sytuacji mocnego rozchwiania nastrojów - w olbrzymiej mierze będzie to zależało od komunikacji (bardziej niż w jakichkolwiek poprzednich wyborach).

W sytuacji, która się zrodziła w bardziej skomplikowanej sytuacji jest Platforma, ponieważ Jarosław Kaczyński z uwagi na żałobę w ogóle może się uchylić od prowadzenia kampanii wyborczej i - jak się wydaje - to chyba najlepsze dla niego wyjście. W tej sytuacji na pole minowe będzie musiał wkroczyć Bronisław Komorowski z próbą dokonania polaryzacji - jednak na bazie CAŁKOWICIE innego języka, bo prymitywnymi atakami na kaczyzm, raczej wiele nie zwojuje. Czy trafi w odpowiedni język? Nie wiem - od tego jednak zależą jego zdolności mobilizacyjne dla części swoich wyborców.

Jeśli tak się stanie - kluczowa będzie reakcja PIS. Pójście na wymianę agresywnych ciosów może mu nie służyć, ale może się tak zdarzyć. Ostra bijatyka będzie bardziej korzystna dla PO, a w skrajnym przypadku dla Andrzeja Olechowskiego, choć jest to scenariusz najmniej prawdopodobny.

W każdym razie przed PIS stoi spora szansa. Zakładając model idealny - tj. że nikt nie popełni błędów, większe szanse na wygraną ma kandydat PIS. (Tyle tylko, że nie ma takich kampanii, w których nikt nie popełnia błędów). Już same twarde poparcie Radia Maryja to w warunkach polskich… 2,5 mln głosów - a więc 25% (z głosujących). Na dzisiaj wygląda, że Jarosław Kaczyński takie poparcie toruńskiej rozgłośni uzyska. Nie bez znaczenia jest też termin wyborów - część wyborców PO może być już na wakacjach.

Olbrzymie znaczenie będzie też miało czy PO uda się odkleić od tzw. warszawki, czyli lewicowych neomonarchistów, którzy już lamentują nad rozbudzonymi “demonami patriotyzmu” i publicznie ubolewają nad naszym biednym narodem, który ewidentnie nie dorósł… . W poprzednich kampaniach Donald Tusk umiejętnie dystansował się od tych środowisk i nie dopuścił do powstania w percepcji społecznej znaku równości pomiędzy wyobcowanymi “intelektualistami” a PO. Pamiętając zapewne czym to się skończyło dla Unii Wolności.

Najbliższe tygodnie powinny nieco rozjaśnić sytuację. Jeśli jednak ktoś chce orientować się w którym kierunku wieje wiatr - niech patrzy na trend, a nie na bieżące słupki. Bieżące słupki obejmują bowiem również 40% populacji, która w żadnej sytuacji do wyborów nie pójdzie.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 26.Kwietnia 2010