O autorze

Robiłem w życiu różne rzeczy: konspirowałem przeciw komunistom, byłem dziennikarzem, managerem, przedsiębiorcą...
Mieszkałem w kilku krajach, najdłużej 7 lat w USA; w 1996 wróciłem do Polski, gdzie również robię sporo różnych rzeczy, m.in. piszę tego bloga...
Poglądy, myśli i myślątka zawarte w tym blogu są tylko i wyłącznie moimi prywatnymi poglądami i w żadnym stopniu nie odzwierciedlają stanowiska firm i instytucji z którymi jestem związany.

Wśród kanonów wiary europejskiej poczesne miejsce zajmują “kryteria wejścia do strefy Euro”. Jest to euro-dogmat, z którym się nie dyskutuje. Nad “kryteriami” z troską pochylają się Premier, Minister, Posłowie, Ekonomiści, Media i Wszyscy Święci.

Wystarczy otworzyć telewizor, żeby ujrzeć zatroskaną minę Wybitnego Autorytetu rozprawiającego z powagą, kiedy to my nieszczęśni “spełnimy kryteria”, żeby łaskawie wpuszczono nas do strefy Euro. Trwają nawet zawzięte spory czy będziemy gotowi za 3, 5 czy 7 lat dostąpić tego zaszczytu…

Osoba, która się tym nie interesuje ma wrażenie, że jesteśmy jakimiś burakami, którzy muszą się “bardziej starać”, aby dostać się do tego ekskluzywnego salonu.

Jak mawiał Lord Kelvin “jeżeli nie jesteś w stanie wyrazić czegoś za pomocą cyfr, nie jesteś w stanie powiedzieć o tym nic istotnego”.

Zatem jak wyglądają cyfry?

Nie trzeba być ekonomistą, żeby wiedzieć, że aktualnie 7 na 12 państw strefy Euro nie spełnia kryterium długu (nie więcej niż 60%). Z kryterium deficytu jest nieco lepiej wyłącznie dzięki machlojkom księgowym typu Enron - księgowanie aktywów wchodzących do systemów emerytalnych jako bieżący przychód, ale nie księgowanie związanych z nim zobowiązań emerytalnych! Ale nawet nawet dzięki takim numerom z puli wypadają Grecja i Hiszpania! Itd.Itp.

W tej sytuacji jacyś lalusie z EBC i z Brukseli, publicznie i strasznie sieriożnie udzielają nam rad i porad, pouczają, dają wskazówki,a my… A my tłumaczymy się i obiecujemy, że będziemy się “bardziej starać”…

Lista tych “bardziej starających” jest długa i aż wstyd ją cytować. Pytanie brzmi dlaczego publicznie nie wstydzą się uczestniczyć w tym marnym cyrku, coraz bardziej przypominającym czasy sowieckie, z jego podwójną rzeczywistością, podwójnym językiem, “dwójmyśleniem”.

W Polsce z Euro próbowano (nie, dalej się próbuje) robić Bożka. To dogmat, z którym dyskutują wyłącznie “oszołomi”. Niepokalane poczęcie, przy którym nawet najprostsze wątpliwości mają znamiona bluźnierstwa. Poza nielicznymi wszyscy decydują się na udział w tym pogańskim obrzędzie.

Dominująca grupa potrafiła narzucić publicznie szereg memów o charakterze sakralnym i ta komunikacja jest tak skuteczna, że mało kto odważa się ją kwestionować. Do niedawna, nawet pytanie czy rzeczywiście Polska powinna tak usilnie dążyć do Euro, stygmatyzowało człowieka jako “oszołoma” i stawiało poza nawiasem cywilizowanych ludzi.

Teraz się sytuacja powoli zmienia - matematyka, najgorszy wróg lewaków, znowu daje znać o sobie i te cyfry są na tyle nieprzyjemne, że poza przypadkami zupełnie już medycznymi, oszołomskie wątpliwości wobec Dzieciątka Euro, są już chociaż tolerowane…

Matematyka - oto słowo przed którym drżą tyrani. Okazuje się, że nawet wieloletnia, zmasowana propaganda i nagonka są wobec niej bezsilne. W sumie to optymistyczne.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 22.Lutego 2010

Poza Programem: Black market

Moja firma (MMT Management) organizuje w przyszłym tygodniu Czarny Rynek Wiedzy Marketingowej. Jest spotkanie oparte na idei speed dating. Generalnie eksperci z różnych gałęzi marketingu udzielają bezpłatnych konsultacji.

Do udziału w tym przedsięwzięciu udało nam się zaprosić naprawdę wielu wybitnych specjalistów, ludzi z wieloletnim doświadczeniem, od których można naprawdę wiele się dowiedzieć i nauczyć. Zresztą ich listę można zobaczyć na stronie Impactora i samemu ocenić.

Impreza się uda, jest sporo zainteresowanych - nie jest to więc propagowanie tego przedsięwzięcia. Zdumiewająca jest natomiast inna rzecz - prawie tyle samo osób zgłosiło chęć udziału w tym przedsięwzięciu w charakterze eksperta!.

Niby pozytywne myślenie o sobie to cecha pomagająca w życiu, ale przeglądając te zgłoszenia nie mogłem wyjść ze zdumienia, jak wiele osób - powiedzmy - zaczyna lewitować. Po raz pierwszy chyba z całą mocą dotarło do mnie, że żyję w kraju, w którym mamy 38 milionów trenerów reprezentacji piłkarskiej, 38 milionów premierów i prezydentów oraz w co najmniej milion ekspertów marketingowych! W kraju 30. letnich “weteranów” i “seniorów” sektora. W tej sytuacji wyniki badań, z których wynika, że Polacy chcieliby wcześniej przechodzić na emeryturę są zupełnie zrozumiałe.

Gdyby w Chicago, w którym mieszkałem, szefowie domów mediowych, czołowych agencji, instytutów badawczych zorganizowali podobną do naszej imprezę - z całą pewnością musiałaby powstać jakaś komisja weryfikacyjna, tylu byłoby chętnych. U nas komisja nie była potrzebna.

Może to zresztą jest wyjaśnienie, ze na 100 największych wynalazków - 90% wymyślono w Stanach, gdzie większość rozumie, że człowiek “uczący się” może podbić świat, a “nauczony” szybko przekona się, że został doskonale przygotowany do życia w świecie, który już nie istnieje…

Przypomina mi się też historia z jednego z Crackfilmów z lat 90. Przybyło tam może z 1000 uczestników i odbył się wykład na temat reklamy Brazylijczyka polskiego pochodzenia, zdobywcy kilku Złotych Lwów w Cannes (W tamtym czasie żaden Polak nie zdobył nawet brązowego!). I co? Z tego tysiąca uczestników pojawiło się około 40 osób! Reszta uznała chyba, że wszystko już wie. Zdumiewające.

Efekty takich postaw możemy potem oglądać w żenujących konceptach marketingowych, skazanych na klęskę jeszcze przed kick offem, w kampaniach reklamowych po obejrzeniu, których specjalistom oczy wyłażą z orbit, czy projektach PR, które bardziej szkodzą markom i firmom, niż pomagają.

Niestety, nie żyjemy w kraju 1000 ekspertów, a najbardziej przekonują się o tym ci, którzy prowadzą rozmowy rekrutacyjne. W co najmniej połowie CV na stanowiska typu junior, jako największe dokonanie życiowe wymieniane jest “ukończenie studiów” - zupełnie jakby to był bilet do kariery. W Polsce tymczasem to jest jedynie możliwość ubiegania się o możliwość kupienia biletu, bez żadnej gwarancji.

Life time learning, podobnie jak budowa dróg, w Polsce się nie przyjęła. Nie wiem na jakiej podstawie ale całkiem spora grupa ludzi sądzi, że z chwilą odebrania dyplomu ich edukacja się skończyła. Mam dla nich bardzo złą wiadomość - ona dopiero się w tym momencie zaczyna.

KOMENTARZE (1)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
life time learning wymaga nie tylko pokory, pokory i jeszcze raz pokory ale głównie mentalnej otwartości i elastyczności, a Polska jakoś strasznie "usztywnia" mam wrażenie :( gkosson
20 02 2010, 19.06
Autor: Cezary Kaźmierczak | 20.Lutego 2010

Internet wygra wybory w Polsce. Nie ma pytania “czy?”, tylko “kiedy?”. Może najbliższe, może kolejne… Jest to nieuchronne. Tak się już stało w USA, po preludium Howarda Deana, przyszedł sukces Baracka Obamy. Podobnie będzie w Polsce. Najwyraźniej jednak nie zdają sobie z tego sprawy stratedzy Platformy Obywatelskiej.

Większość polityków w Polsce jest niestety “wykluczona cyfrowo” i nie zdaje sobie sprawy z rosnącej potęgi internetu. Chodzi nie tylko o zasięg, ale również o siłę rekomendacji - ze wszelkich badań prowadzonych na kuli ziemskiej wynika, że o wiele bardziej wierzymy znajomym (choćby wirtualnym) niż tradycyjnym mediom, o politykach i ich pretorianach, nie wspominając.

Stąd zapewne ten protekcjonalny ton - jak choćby wypowiedzi Premiera w rozmowie z Moniką Olejnik na temat spotkania z “internautami” (w ustach Premiera, brzmi to prawie jak z “kosmitami”).

Tymczasem Internet wygra wybory w Polsce. Nie ma pytania “czy?”, tylko “kiedy?”. Może najbliższe, może kolejne… Jest to nieuchronne. Tak się już stało w USA, po preludium Howarda Deana, przyszedł sukces Baracka Obamy. Podobnie będzie w Polsce. Najwyraźniej jednak nie zdają sobie z tego sprawy stratedzy Platformy Obywatelskiej.

Jednak nie nierozumienie internetu i jego siły dziwi mnie najbardziej w postępowaniu Premiera. Dziwi mnie, że zdecydował się pójść na wojnę ze swoim bardzo oddanym elektoratem, lansując “rejestr usług i stron internetowych”, czyli de facto cenzurę prewencyjną Internetu. Jeśli ktoś śledził polski internetowy BUZZ przed ostatnimi wyborami to wie, że zwolennicy PO byli w przytłaczającej większości. Polski Internet gremialnie opowiedział się po stronie PO, a teraz Premier wylewa swoim sympatykom wiadro lodowatej wody na głowę. W moim przekonaniu jest to działanie mające znamiona co najmniej ciężkiego samookaleczenia.

Wystarczy zajrzeć do sieci, do społeczności, na fora… “Zawiozę babcię na wybory”, “Oddam babci dowód”, “Cenzura Internetu - By żyło się lepiej”, “Podziękuj Premierowi…” , “lub Internet” - by pozostać przy cenzuralnych określeniach pomysłu PO. Powstają specjalne strony internetowe, grupy w serwisach społecznościowych, które w kilka dni gromadzą po kilka tysięcy uczestników…

Trudno mi sobie wyobrazić inny powód rozpoczęcia tejże wojenki niż brak wiedzy, pokory i zwykłego zdrowego rozsądku, co z tego wszystkiego dla PO może wyniknąć i jakie może mieć konsekwencje wyborcze.

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, którą wyraźnie widać w BUZZ: zmianę postrzegania Prezydenta, jak ten zaczął sugerować, że weźmie wolność słowa w internecie pod obronę. Co raz częściej w BUZZ pisze się “Prezydent”, a nie tak jak poprzednio…

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 02.Lutego 2010