O autorze

Robiłem w życiu różne rzeczy: konspirowałem przeciw komunistom, byłem dziennikarzem, managerem, przedsiębiorcą...
Mieszkałem w kilku krajach, najdłużej 7 lat w USA; w 1996 wróciłem do Polski, gdzie również robię sporo różnych rzeczy, m.in. piszę tego bloga...
Poglądy, myśli i myślątka zawarte w tym blogu są tylko i wyłącznie moimi prywatnymi poglądami i w żadnym stopniu nie odzwierciedlają stanowiska firm i instytucji z którymi jestem związany.

Poza Programem: Web Prezydenta

Większość osób, które zdecydowały się zajrzeć na beta stronę Prezydenta RP, nie spodziewały się raczej niczego szczególnego… Cóż, Lech Kaczyński, nie jest oględnie mówiąc kojarzony z nowymi technologiami…

Większość osób, które zdecydowały się zajrzeć na beta stronę Prezydenta RP, nie spodziewały się raczej niczego szczególnego… Cóż, Lech Kaczyński, nie jest oględnie mówiąc kojarzony z nowymi technologiami…
Tymczasem przyjemne zaskoczenie. Jest to bodaj pierwsza strona polityka (czy partii politycznej) stworzona dla ludzi, a nie dla zamawiającego.Przejrzysta nawigacja, dobrze zaplanowana architektura informacji, intuicyjny układ, przyjazna grafika; no i przede wszystkim brak popisów graficznych i tzw. wodotrysków, które uwielbiają politycy (skacze, rusza się, zamienia, przechodzi, wyskakuje…). Owe wodotryski skutecznie odstraszają użytkowników, ale zamawiający ich pragną, więc agencje spełniają ich życzenia…W każdym razie bodaj po raz pierwszy (przynajmniej na taką skalę) Prezydent RP zbiera pozytywne recenzje w sieci i jak sądzę zyskał sporo sympatii, w niezbyt dotąd przyjaznym mu środowisku. No i tak pełen podziwu dla
Prezydenta czytam kolejny news dotyczący 1 Obywatela Najaśniejszej… Zajął się sprawą konia padłego na trotuar… Wzruszająca wrażliwość… Mam tylko wrażenie, że nie w sprawie nie chodzi o konia, a o tandentą sztuczkę propagandową… Bo jakby nie cierpiał z powodu tego konia, to chyba nie został wybrany na szefa Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, tylko na szefa średniej wielkości europejskiego Państwa. To - zadaje się - nieco inny zakres obowiązków. Zbliżamy się do dnia, w którym politycy dla popularności będą przebierać się za Misia. Nie - już jesteśmy w tym dniu.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 29.Lipca 2009

Poza Programem: TVP Groteska

Staram się staranie unikać słuchania/czytania o tzw. ustawie o mediach “publicznych”.

Staram się staranie unikać słuchania/czytania o tzw. ustawie o mediach “publicznych”. Martwi mnie, że nawet ludzie o zbliżonych poglądach lansują jakieś księżycowe projekty w rodzaju “Funduszu Misji Publicznej” etc.,  z naiwną wiarą, że ów fundusz uda się wyjąć spod politycznej kurateli, a samą TVP naprawić.

Jak rozsądni ludzie mogą snuć plany naprawy czegoś co nie dało się naprawić przez 20 lat? Nie wiem. Czy w swoim życiu lub pracy byliby równie konsekwentni, żeby przez 20 lat coś “naprawiać”? Raczej wątpię. Dlaczego zdrowy rozsądek w życiu prywatnym lub zawodowym działa, a w sprawie mediów ” publicznych - nie. Nie wiem.

Jedynym rozwiązaniem problemu TVP jest jego jak naszybsza prywatyzacja w drodze aukcji. Wszystkie inne skończą się tak samo jak poprzednie: “chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle”. Podstawowa analiza systemowa Portera, wskazuje, że ilość wzajemnie oddziaływujących na siebie sił, sprężeń zwrotnych, jest tak olbrzymia, że trwały paraliż, “tyrania status quo” jest wpisana w funkcjonowanie tejże instytucji.

Rola Państwa w mediach powinna się ograniczyć do prowadzenia rejestru częstotliwości, które powinny być traktowane jak “nieruchomości” i tak też sprzedawane. Jeśli Wybitni Konstytucjonaliści uznali, że “Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji” jest tak niezbędna, że trzeba ją wpisać do Konstytucji, to niech się prowadzeniem takiego rejestru zajmie.

Częstotliwości jak nieruchomości likwiduje też problem wszelkiego rodzaju koncesji. Po wygaśnięciu dotychczas przyznanych - dana częstotliwość powinna być sprzedana na aukcji.

Wtedy będziemy mieli zdrowe media. I wcześniej niż później pojawi się za prywatne pieniądze, kanał, który będzie dostarczał ambitne treści, to co teraz nazywa się szumnie “misją publiczną” - tak jak w USA telewizja PBS.

Oczywiście nie jestem na tyle naiwny, żeby wierzyć, że różne grupy interesu i ich polityczni sponsorzy dopuszczą do takiego rozwiązania. Przepustki do Mennicy Państwowej, licencje na zarabianie pieniędzy, które wydaje Wybrańcom rząd, to konfitury, których smaku nie sposób zapomnieć i które będą bronione, jak niepodległość. I będą obronione. Nawet mikroskopijna mniejszość (właściciele koncesji) wygra z przytłaczającą większością (reszta narodu bez koncesji), bo są zdeterminowani, zorganizowani i mają pieniądze. Tą tyranię zorganizowanych mniejszości dobrze opisał Milton Friedman pytając, jak zmobilizować amerykańskiego podatnika do walki o kilkanaście centów miesięcznie w konkretnej sprawie? Cóż z tego, że takich spraw jest kilkaset czy kilka tysięcy? Natomiast beneficjentów tych “kilkunastu centów” od obywatela do niczego mobilizować nie trzeba, bo u nich te “kilkanaście centów” zamienia się w grube miliony.

Tym ciekawiej wygląda działalność w TVP, Piotra Farfała. Nie wiem dlaczego (może kryzys i finanse) ale wygląda na to, że jest to pierwszy człowiek na tym stanowisku, który próbuje nadać tej instytucji przynajmniej pozory racjonalności. Choćby poprzez redukcję zatrudnienia - TVP do tego samego zatrudnia 10 razy więcej ludzi niż telewizje prywatne. W sierpniu mają ruszyć grupowe zwolnienia w TVP. Założę się, że liczba ataków na “faszytowską” przeszłość Prezesa, wzrośnie przynajmniej kilkakrotnie a w knajpach wokół Placu Trzech Krzyży zagotuje się na dobre. Wygląda na to, że tzw. Warszawka ogłosi Powstanie… oczywiście w obronie “misji publicznej”, która musi być koniecznie realizowana (a) przez nich (b) za pieniądze podatnika (bo prywatny może się czepiać i zadawać durne pytania nie rozumiejąc “misji publicznej” i “sztuki”).

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 28.Lipca 2009

Poza Programem: Rewolucje…

Niedługo minie 20. lat, jak jestem w tym biznesie (media & marketing) i wątpię czy był choć jeden rok, w którym ktoś nie ogłaszał jakiejś rewolucji w jednym lub drugim.

“Rewolucją” w Polsce był direct marketing, który miał zmienić biznes (1996, jak wróciłem z tułaczki do Najjaśniejszej). Potem cały szereg różnych działań, które w gruncie rzeczy były narzędziami zdobywania zaufania Klienta, ale ogłaszano je jako “rewolucje”. Potem była “rewolucja” internetowa 2000, która wiadomo czym się skończyła. Teraz mamy do czynienie z rewolucja “social media”, a nawet, jak twierdzą niektórzy, “twitterową”.

Oczywiście wymieniam najważniejsze, takie “rewolucje”, jak np. “prosumencką”, “expirence marketing”, rewolucję “Second Life” etc, pomijam jako małe i tym samym niegodne uwagi.

A życie sobie płynie, ludzie robią zakupy, całują się, obgadują, piją piwo, chodzą do pracy… I dalej tak będzie.

Histeria, która rozpętała się wokół Twittera (czy Facebooka) przypomina gorączkę złota lub bańkę spekulacyjną. Część marketerów zachowuje się tak, jakby ludzie mieli przestać się ze sobą komunikować inaczej niż przy pomocy “tweetów”. Nie przestaną.

Oczywiście, upadek druku, będzie miał daleko idące konsekwencje dla marketingu i kultury, ale nie nastąpił on bynajmniej przez Twittera czy Facebook, tylko przez Internet.
Niedługo minie 20. lat, jak jestem w tym biznesie (media & marketing) i wątpię czy był choć jeden rok, w którym ktoś nie ogłaszał jakiejś rewolucji w jednym lub drugim. Rewolucje są oczywiście małe i duże. A Twitter i Facebook  (o ile przetrwają) - będą po prostu jednymi z narzędzi, którymi ludzie komunikują się ze sobą bądź biznes komunikuje się z Klientami. To wszystko. Kolejnymi narzędziami zdobywania zaufania.

Osobiście lubię Facebook (Twittera nie bardzo) i jedno wiem - jest to nowe, silne medium. Tyle. Tak, jak kiedyś powstawały silne gazety drukowane, tak teraz powstają silne media cyfrowe.  Jedne przetrwają, inne nie. Jedne osiągną sukces, inne nie. Nic nowego - pod kątem procesów biznesowych nic się nie zmienia, tylko narzędzia.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 27.Lipca 2009

aczynamy - jak cały świat - czerpać z najlepszych wzorów amerykańskich, a nawet powiedziałbym zaczynamy wyprzedzać Jankesów, w niektórych dziedzinach…

Zaczynamy - jak cały świat - czerpać z najlepszych wzorów amerykańskich, a nawet powiedziałbym zaczynamy wyprzedzać Jankesów, w niektórych dziedzinach… Otóż przed laty, żeby dostać pracę w jakichś mainstreamowych mediach amerykańskich, to trzeba było 6 miesięcy, a nawet 24 miesiące, popracować dla tychże mediów za darmo… Najczęściej jako reasercher, albo jeszcze coś cięższego… Potem albo brali do pracy, albo nie brali…

Dzisiaj ukazała się moim oczom informacja, że TVN24 postanowił twórczo rozwinąć tą praktykę. Otóż za 200 godzin pracy młody adept dziennikarstwa musi zapłacić stacji 2000 PLN. Niezły pomysł, choć obawiam się, że może być nieco spóźniony… Gdyby tak z 3-4 lata temu… Wówczas w ogóle można chyba poprowadzić to jako zupełnie oddzielny, niezależny biznes i dochodowy biznes…

Obecnie może być nieco trudniej. Mimo, że mało rzeczy mnie jest w stanie zdziwić, to jak czasem usłyszę nazwisko  dziennikarza, który nie może znaleźć pracy, to nawet mi włosy dęba stają… Rewolucja cyfrowa doprowadziła do tego, że jest chyba więcej piszących niż czytających… (Ukłony dla siebie :))

Niemniej przyjrzę się wynikom TVN24 w ich nowym biznesie. Zobaczymy jak daleko lub jak blisko jesteśmy naszej Ameryki…

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 20.Lipca 2009

Odwiedziłem ostatnio kilka krajów. Wszędzie jeden motyw powtarza, jakby schodził wprost z prasy drukarskiej. Jakiejś bardzo dobrej maszyny, gdzie jedna kopia od drugiej jest nie do odróżnienia. Wymawiają go tzw. ludzie prości i ci, którzy uważają się za “nie-prostych”. Wygląda to mniej więcej tak: po pozytywnej odpowiedzi  na pytanie tubylca czy podoba mi się jego [...]

Odwiedziłem ostatnio kilka krajów. Wszędzie jeden motyw powtarza, jakby schodził wprost z prasy drukarskiej. Jakiejś bardzo dobrej maszyny, gdzie jedna kopia od drugiej jest nie do odróżnienia. Wymawiają go tzw. ludzie prości i ci, którzy uważają się za “nie-prostych”. Wygląda to mniej więcej tak: po pozytywnej odpowiedzi  na pytanie tubylca czy podoba mi się jego kraj, tubylec przyznaje mi rację, uśmiecha się zadowolony, a następnie przechodzi do refleksji, że owszem, wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ci  “nasi” politycy… Ciąg dalszy zależy od temperamentu: skrajności to stek niewybrednych wyzwisk lub widoczny gołym okiem początek depresji.

Zatem wątpliwości nie ma żadnych: gdzie nie pojadę - to samo. Fatalny wizerunek polityków, którzy postrzegani są jako źródło wszelkiego zła. Nieco inaczej jest jedynie w Ameryce - tam źle o politykach mówią na ogół wyłącznie przeciwnicy aktualnie rządzącego Prezydenta i to w sposób najczęściej umiarkowany.

Jestem zwolennikiem teorii - że ludzie są tacy, jaki jest system. Podobnie jak Bułhakow uważam, że “mieszkańcy Moskwy nie są wcale źli i pragną dobra, tylko ten cholerny problem mieszkaniowy…” (cyt. z pamięci). Zaś do działań takich, przez które politycy postrzegani są jako źródło wszelkiego zła, popycha ich system demokracji parlamentarnej i rządy memów w przestrzeni publicznej. Memów - moim zdaniem - wyeliminować się nie da. Pomijając już fakt, że żyjemy w kraju 38 milionów Premierów, ludzie nie interesują się skomplikowanymi kwestiami gospodarczymi czy społecznymi i dotrzeć do nich można tylko miotając memy. Ten problem w tabloidowch społeczeństwach jest nie do rozwiązania.

Do rozwiązania jest natomiast problem demokracji parlamentarnej i tego co ona za sobą niesie - tych wszystkich frakcji widnych, tajnych i dwupłciowych, wzajemnych klinczów i szantaży różnych partii i partyjek, posad, deali, parytetów etc. etc. Demokracja parlamentarna w Europie jest skonstruowana w ten sposób, że nikt za nic nie ponosi odpowiedzialności i “tyrania status quo” jest już tysiąc razy silniejsza od czasu gdy Milton Friedman, ją opisał.

Jedna ucieczka z tego partyjnego piekiełka czy bagienka - to wybór Króla. Wybierajmy Prezydenta. Niech bierze na siebie odpowiedzialność i niech nie będzie zakładnikiem różnych partyjnych koterii czy “koalicjantów”. To chyba jedyna droga, bo obecny system (i w Polsce i innych krajach europejskich) wyczerpał chyba już swoje możliwości i wszedł w fazę głębokiej stagnacji. Nic nie można, bo wszystko jest “politycznie niemożliwe”. Może Król - Prezydent z jakimś z lekka ograniczającym go małym parlamentem będą mogli coś więcej zrobić.

Wprowadzenie systemu prezydenckiego - być może poprawiłoby też wizerunek polityków i podobnie jak w Ameryce, ludzie (poza ekstremistami) nie dostawaliby piany na ustach na sam dźwięk tego słowa.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 15.Lipca 2009