Polityka: Wszyscy ludzie Putina
Znani z niesłychanej wrażliwości na łamanie praw człowieka politycy niemieccy rozpoczęli histeryczną krucjatę przeciwko Ukrainie. Niestety, dołączyła część naszych - w tym Jarosław Kaczyński - i co gorsza nie widać, żeby odpowiedzialne władze cokolwiek robiły. Bronisław Komorowski lub Donald Tusk – któryś z nich powinien być teraz w Kijowie. Być może bowiem w tej chwili rozstrzyga się sprawa naszego bezpieczeństwa na najbliższe kilkadziesiąt lat.
Ale zacznijmy od początku. Do czasów objęcia rządów przez PO nikt rozsądny w Polsce nie kwestionował poglądu, że niepodległość Ukrainy jest kluczowa dla naszego bezpieczeństwa oraz że Rosji po ewentualnym podporządkowaniu sobie Ukrainy natychmiast odżyją pełną gębą wielkomocarstwowe i imperialne nastroje. Rosja bez Ukrainy jest mocarstwem regionalnym, z Ukrainą – światowym, a co za tym idzie również ambicje będzie miała światowe. Zaraz po utracie niepodległości Ukrainy, chwilę później traciła ją Polska. Dla wszystkich rządów po 1989 roku i wszystkich prezydentów wspieranie niepodległości Ukrainy było priorytetem – do czasów Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego, którzy wymyślili sobie, że przy wsparciu Niemiec i Francji, będą w „głównym nurcie UE” a nawet będą jednym z „mocarstw europejskich”, co trąci megalomanią i jest po prostu śmieszne.
Próby okiełznania Ukrainy Rosjanie podejmują od dnia ogłoszenia niepodległości przez to Państwo. Jak dotąd najbardziej skutecznymi obrońcami tej niepodległości byli ukraińscy oligarchowie. Achmetow, Kołomyjski, Pinczuk, Proszenko i inni nie byli zainteresowani wpuszczeniem rosyjskich drapieżników do ukraińskiego stawu, realistycznie oceniając, że zostaliby zjedzeni na śniadanie. Ukraińskim oligarchom – tak negatywnie ocenianym przez polskie media –udawało się trzymać w ryzach ukraińskich polityków. Polska miała z nimi 100% zgodność interesów.
W polskich mediach funkcjonują całkowice fałszywe mity dotyczące ukraińskiej sceny politycznej, według których mamy świętą proeuropejską Julię Tymoszenko i prorosyjskiego Wiktora Janukowycza. Tymczasem Julia Tymoszenko bynajmniej świętą nie jest, podobnie jak Janukowycz nie jest prorosyjski. Wiele decyzji Julii Tymoszenko zarówno przed pomarańczową rewolucją, jak i po niej jest - nazwijmy to delikatnie – co najmniej dość dziwna, łącznie z kontraktem gazowym z Rosją, który dał Janukowiczowi pretekst, żeby posadzić ją na ławie oskarżonych. Zarzut prorosyjskości Janukowycza jest zasadny tylko i wyłącznie jeśli będziemy brali pod uwagę co on mówi, bo na pewno nie po tym co robi. Tzw. „niebiescy” za czasów Kuczmy i obecnie mieli absolutną pełnię władzy i co z nią zrobili? Mimo wielokrotnych zapewnień nie sprzedali Rosjanom nawet warzywniaka. Podobnie od 20 lat obiecują im ustanowienie języka rosyjskiego jako drugiego języka urzędowego. Obiecują. Żądania Moskwy odbijają się od Janukowycza jak piłka od ściany od lat, mimo że werbalnie część z nich jest przez niego „popierana”. Nie zrobił jednak nic , żeby je spełnić. Przytaczany często przykład przedłużenia dzierżawy dla Floty Czarnomorskiej jest chybiony. Janukowycz zrobił po prostu dobry interes dzierżawiąc za wiele miliardów dolarów muzeum, do którego ostatni eksponat wprowadzono ponad 30 lat temu, a ¾ znajdujących się tam jednostek „bojowych” nie jest nawet w stanie wypłynąć w morze.
Co do przeszłości to zarówno Janukowycz, jak i Tymoszenko mają ją równie nieciekawą.
Nie popieram oczywiście tego co ekipa Wiktora Janukowycza robi teraz z Julią Tymoszenko i sądzę, że „niebiescy” mocno się przeliczyli. Polska poliyka musi jednak sobie brutalnie odpowiedzieć na pytanie czy ważniejsza jest dla nas sprawa Jullii Tymoszenko czy nasze bezpieczeństwo.
Jestem absolutnie pewny, że rozgrywka z Euro 2012 na Ukrainie, jest inspirowana przez Putina – a w każdym razie jest mu to bardzo na rękę. Putin gra bowiem o tzw. Unię Celną, która jest narzędziem do podporządkowania sobie Ukrainy i innych postsowieckich krajów.
Niezwykle wymowne jest również to, że lista europejskich “obrońców Julii Tymoszenko” w dużej części pokrywa z listą tych europejskich polityków, którzy podczas jej rządów równie aktywnie sprzeciwiali się umowie stowarzyszeniowej UE - Ukraina.
Atak „wrażliwych na prawa człowieka” Niemców jest niczym innym, jak udziałem w orkiestrze Putina, Część „obrońców” to zapewne pożyteczni idioci, część być może oczekuje na jakieś stanowiska w radach nadzorczych jakichś nowych Nord Streamów, ale zapewne są wśród nich również regularni agenci na liście płac FSB.
Przyłączył się do tej orkiestry niestety Jarosław Kaczyński. Obawiam się, że jego świętej pamięci brat, przewraca się w grobie. Pisałem niedawno, że wewnętrzna walka polityczna powoduje, że jako naród przestajemy mieć obszary wspólne, obszary w których wszyscy się zgadzamy. Okazuje się, że dotyczy to nie tylko spraw wewnętrznych, ale również kwestii bezpieczeństwa. I tak jak zajadłość polityczna odebrała rozum PO w sprawie katastrofy smoleńskiej, tak te same uczucie odbiera rozum PIS-owi w sprawie Ukrainy.
Czy się to Kaczyńskiemu podoba czy nie – gra w orkiestrze Putina i działa przeciw najbardziej fundamentalnym interesom Polski, pomagając wepchnąć Ukrainę w rosyjskie łapy.
Co robią w tej ważnej chwili Polskie władze? Są na weekendzie majowym. A powinny być w Kijowie i jestem pewien, że gdyby w Belwederze był Kwaśniewski lub Kaczyński, to by tam byli, a nie wyplatali kotyliony czy umawiali się na oglądanie meczyku z koleżkami.
Jeżeli jako „mocarstwo” europejskie jesteśmy w „głównym nurcie UE” i w związku z tym nie możemy „denerwować wrażliwych na prawa człowieka Niemców”, to niech tam w takim razie jedzie choć Aleksander Kwaśniewski i jako Aleksander Kwaśniewski próbuje coś robić. Euro 2012 jest w całej tej sprawie rzeczą zupełnie czwartorzędną. W najbardziej żywotnym interesie Polski bowiem jest, żeby Ukraina pozostała niepodległa. Kwestia przestrzegania tam praw człowieka nie powinna być naszym priorytetem. Ponadto nie ma co dramatyzować. Na Ukrainie nie rządzi jakaś straszna dyktatura. W zakresie, który tak zajmuje „postępowych” polityków europejskich i Jarosława Kaczyńskiego, jest co najmniej 10 razy lepiej niż na przykład w Rosji, nie wspominając o Chinach, Kazachstanie, Uzbekistanie, Azerbejdzanie czy Turkmenii. Łamanie „wszystkiego” w tych krajach jakoś nie przeszkadza „politykom europejskim”.
Oceniając realistycznie stan Państwa Polskiego i jego zdolność do wpływania na sytuację w regionie – jedyną nadzieję, że nie dojdzie do czarnego scenariusza, pokładam w ukraińskich oligarchach.
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
10 05 2012, 06.51