O autorze

Robiłem w życiu różne rzeczy: konspirowałem przeciw komunistom, byłem dziennikarzem, managerem, przedsiębiorcą...
Mieszkałem w kilku krajach, najdłużej 7 lat w USA; w 1996 wróciłem do Polski, gdzie również robię sporo różnych rzeczy, m.in. piszę tego bloga...
Poglądy, myśli i myślątka zawarte w tym blogu są tylko i wyłącznie moimi prywatnymi poglądami i w żadnym stopniu nie odzwierciedlają stanowiska firm i instytucji z którymi jestem związany.

Znani z niesłychanej wrażliwości na łamanie praw człowieka politycy niemieccy rozpoczęli histeryczną krucjatę przeciwko Ukrainie. Niestety, dołączyła część naszych - w tym Jarosław Kaczyński - i co gorsza nie widać, żeby odpowiedzialne władze cokolwiek robiły. Bronisław Komorowski lub Donald Tusk – któryś z nich powinien być teraz w Kijowie. Być może bowiem w tej chwili rozstrzyga się sprawa naszego bezpieczeństwa na najbliższe kilkadziesiąt lat.

Ale zacznijmy od początku. Do czasów objęcia rządów przez PO nikt rozsądny w Polsce nie kwestionował poglądu, że niepodległość Ukrainy jest kluczowa dla naszego bezpieczeństwa oraz że Rosji po ewentualnym podporządkowaniu sobie Ukrainy natychmiast odżyją pełną gębą wielkomocarstwowe i imperialne nastroje. Rosja bez Ukrainy jest mocarstwem regionalnym, z Ukrainą – światowym, a co za tym idzie również ambicje będzie miała światowe. Zaraz po utracie niepodległości Ukrainy, chwilę później traciła ją Polska. Dla wszystkich rządów po 1989 roku i wszystkich prezydentów wspieranie niepodległości Ukrainy było priorytetem – do czasów Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego, którzy wymyślili sobie, że przy wsparciu Niemiec i Francji, będą w „głównym nurcie UE” a nawet będą jednym z „mocarstw europejskich”, co trąci megalomanią i jest po prostu śmieszne.

Próby okiełznania Ukrainy Rosjanie podejmują od dnia ogłoszenia niepodległości przez to Państwo. Jak dotąd najbardziej skutecznymi obrońcami tej niepodległości byli ukraińscy oligarchowie.  Achmetow, Kołomyjski, Pinczuk, Proszenko i inni nie byli zainteresowani wpuszczeniem rosyjskich drapieżników do  ukraińskiego stawu, realistycznie oceniając, że zostaliby zjedzeni na śniadanie. Ukraińskim oligarchom – tak negatywnie ocenianym przez polskie media –udawało się trzymać w ryzach ukraińskich polityków. Polska miała z nimi 100% zgodność interesów.

W polskich mediach funkcjonują całkowice fałszywe mity dotyczące ukraińskiej sceny politycznej, według których mamy świętą proeuropejską Julię Tymoszenko i prorosyjskiego Wiktora Janukowycza. Tymczasem Julia Tymoszenko bynajmniej świętą nie jest, podobnie jak Janukowycz nie jest prorosyjski. Wiele decyzji Julii Tymoszenko zarówno przed pomarańczową rewolucją, jak i po niej jest - nazwijmy to delikatnie – co najmniej dość dziwna, łącznie z kontraktem gazowym z Rosją, który dał Janukowiczowi pretekst, żeby posadzić ją na ławie oskarżonych. Zarzut prorosyjskości Janukowycza jest zasadny tylko i wyłącznie jeśli będziemy brali pod uwagę co on mówi, bo na pewno nie po tym co robi. Tzw. „niebiescy” za czasów Kuczmy i obecnie mieli absolutną pełnię władzy i co z nią zrobili? Mimo wielokrotnych zapewnień nie sprzedali Rosjanom nawet warzywniaka. Podobnie od 20 lat obiecują im ustanowienie języka rosyjskiego jako drugiego języka urzędowego. Obiecują. Żądania Moskwy odbijają się od Janukowycza jak piłka od ściany od lat, mimo że werbalnie część z nich jest przez niego „popierana”. Nie zrobił jednak nic , żeby je spełnić. Przytaczany często przykład przedłużenia dzierżawy dla Floty Czarnomorskiej jest chybiony. Janukowycz zrobił po prostu dobry interes dzierżawiąc  za wiele miliardów dolarów muzeum, do którego ostatni eksponat wprowadzono ponad 30 lat temu, a ¾ znajdujących się tam jednostek „bojowych” nie jest nawet w stanie wypłynąć w morze.

Co do przeszłości to zarówno Janukowycz, jak i Tymoszenko mają ją równie nieciekawą.

Nie popieram oczywiście tego co ekipa Wiktora Janukowycza robi teraz z Julią Tymoszenko i sądzę, że „niebiescy” mocno się przeliczyli. Polska poliyka musi jednak sobie brutalnie odpowiedzieć na pytanie czy ważniejsza jest dla nas sprawa Jullii Tymoszenko czy nasze bezpieczeństwo.

Jestem absolutnie pewny, że rozgrywka z Euro 2012 na Ukrainie, jest inspirowana przez Putina – a w każdym razie jest mu to bardzo na rękę. Putin gra bowiem o tzw. Unię Celną, która jest narzędziem do podporządkowania sobie Ukrainy i innych postsowieckich krajów.

Niezwykle wymowne jest również to, że lista europejskich “obrońców Julii Tymoszenko” w dużej części pokrywa z listą tych europejskich polityków, którzy podczas jej rządów równie aktywnie sprzeciwiali się umowie stowarzyszeniowej UE - Ukraina.

Atak „wrażliwych na prawa człowieka” Niemców jest niczym innym, jak udziałem w orkiestrze Putina, Część „obrońców” to zapewne pożyteczni idioci, część być może oczekuje na jakieś stanowiska w radach nadzorczych jakichś nowych Nord Streamów, ale zapewne są wśród nich również regularni agenci na liście płac FSB.

Przyłączył się do tej orkiestry niestety Jarosław Kaczyński. Obawiam się, że jego świętej pamięci brat, przewraca się w grobie. Pisałem niedawno, że wewnętrzna walka polityczna powoduje, że jako naród przestajemy mieć obszary wspólne, obszary w których wszyscy się zgadzamy. Okazuje się,  że dotyczy to nie tylko spraw wewnętrznych, ale również kwestii bezpieczeństwa. I tak jak zajadłość polityczna odebrała rozum PO w sprawie katastrofy smoleńskiej, tak te same uczucie odbiera rozum PIS-owi w sprawie Ukrainy.

Czy się to Kaczyńskiemu podoba czy nie – gra w orkiestrze Putina i działa przeciw najbardziej fundamentalnym interesom Polski, pomagając wepchnąć Ukrainę w rosyjskie łapy.

Co robią w tej ważnej chwili Polskie władze? Są na weekendzie majowym. A powinny być w Kijowie i jestem pewien, że gdyby w Belwederze był Kwaśniewski lub Kaczyński, to by tam byli, a nie wyplatali kotyliony czy umawiali się na oglądanie meczyku z koleżkami.

Jeżeli jako „mocarstwo” europejskie jesteśmy w „głównym nurcie UE” i w związku z tym nie możemy „denerwować wrażliwych na prawa człowieka Niemców”, to niech tam w takim razie jedzie choć Aleksander Kwaśniewski i jako Aleksander Kwaśniewski  próbuje coś robić. Euro 2012 jest w całej tej sprawie rzeczą zupełnie czwartorzędną. W najbardziej żywotnym interesie Polski bowiem jest, żeby Ukraina pozostała niepodległa. Kwestia przestrzegania tam praw człowieka nie powinna być naszym priorytetem. Ponadto nie ma co dramatyzować. Na Ukrainie nie rządzi jakaś straszna dyktatura. W zakresie, który tak zajmuje „postępowych” polityków europejskich i Jarosława Kaczyńskiego, jest co najmniej 10 razy lepiej niż na przykład w Rosji, nie wspominając o Chinach, Kazachstanie, Uzbekistanie, Azerbejdzanie czy Turkmenii. Łamanie „wszystkiego” w tych krajach jakoś nie przeszkadza „politykom europejskim”.

Oceniając realistycznie stan Państwa Polskiego i jego zdolność do wpływania na sytuację w regionie – jedyną nadzieję, że nie dojdzie do czarnego scenariusza, pokładam w ukraińskich oligarchach.

KOMENTARZE (4)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
ad Macias - faktycznie bezpieczeństwo Polski jest dla mnie ważniejsze od praw człowieka na Ukrainie. Niemniej próba robienia z Tymoszenko świętej jest zabawna. Proszę poczytać ukraiński (niezależny) net - oj Matka Teresa, to to nie jest. Podczas procesu za Kuczmy dość dokładnie pokazano jej drogę na szczyt - poczynając od pierwszych wielkich pieniędzy na mało moralnych zajęciach. Siedzi kobieta - więc nieładnie o tym pisać, wiec sie powstrzymam. Sugeruje jednak innego Idola sobie poszukać, bo rozczarowania mogą być bardzo bolesne. Proszę też zwrócić uwagę, że dla przytłaczającej większości Ukraińców - nie ma problemu Julii Tymoszenko w więzieniu. To nie jest nawet temat rozmów! Proszę też nie robić z Ukrainy dyktatury! Tam nadal jest demokracja i oby się ostała. Cezary Kaźmierczak
10 05 2012, 06.51
Autor: Cezary Kaźmierczak | 05.Maja 2012

Euro 2012 nie ma najmniejszego sensu ekonomicznego ani dla Polski, ani dla Ukrainy, co okaże się niebawem w pełną mocą (pierwiosnki już są – Stadion w Gdańsku, który od niedawna utrzymuje gdański podatnik, bo operująca na nim spółka nie była w stanie się utrzymać).

Piszę „gdański podatnik” a nie „Miasto Gdańsk” ponieważ miasto Gdańsk nie posiada żadnych własnych pieniędzy, a tylko te które odbierze gdańszczanom w podatkach. Niestety, większość gdańszczan (i Polaków) o tym nie wie. Gdyby wiedzieli to Prezydent Adamowicz oraz inni Prezydenci, Premierzy i Tajni Radcy Dworu nie mogliby tak łatwo zabawiać  się w Świętych Mikołajów.

Ale jednak też nie tak trudno – budowa Stadionu Narodowego kosztowała każdego Polaka 45.50 PLN. Pójdzie ktoś za taką kwotę umierać na barykady? Nie pójdzie, a więc łatwo.

Mistrzami dojenia są jednak prawdziwi organizatorzy biznesu Euro 2012 czyli UEFA. Spędziłem ostatnio kilka dni w Kijowie. Poprzednio byłem rok wcześniej. Miasto nie do poznania.

Rok wcześniej we wszystkich barach, u fryzjerów, w hotelach w telewizorach – Fashion TV. Teraz mecze piłkarskie. Emblematy Euro 2012 – wszędzie: w sklepach, instalacjach, banerach, na ustach ludzi. O Euro próbował rozmawiać ze mną dumny taksówkarz i dumna kelnerka – oczywiście dumni są, że u nich jest „Jewro”. Atmosfera w Kijowie w ogóle jest taka jakby te „Jewro” już się odbywały.

No ale oni są jeszcze bardziej zakompleksieni od nas  – „Co powie Jewropa?”. Nie oznacza, to że my jesteśmy „mało” zakompleksieni. Jednak u nich to już czyste szaleństwo.

Nie wiedzą biedni jeszcze ile za te kompleksy zapłacą i w tym szaleństwie gotowi są robić rzeczy, których Panisko Platini (znajomy Zbigniewa Bońka) nawet od nich nie żąda. Niektóre skrajnie idiotyczne. Na przykład teraz rujnują, nie – zrujnowali już Andriejewski Uzwiz. Najpiękniejszą kijowską ulicę wijącą się ze wzgórza na którym stoi Sobor Św. Andrzeja na dół do Kontraktowej Płoszczy. Byłem w Kijowie kilkanaście razy ale nie byłem ani razu, żeby nie pójść pospacerować po Uzwizie, pooglądać handlarzy, grajków, poetów, artystów, grafomanów, posiedzieć w tamtejszych knajpkach… Przychodzili tam chyba wszyscy turyści przyjeżdzający do Kijowa. Na Uzwizie mieszkał Michaił Bułhakow i Lew Szestow. Obok Uzwizu mieszkał też nawet Leonid Kuczma.

Ale chyba według włodarzy Kijowa, Uzwiz miał jedną straszną wadę – powyginany we wszystkie możliwe strony XIX wieczny bruk. No łatwo chodzić nie było, trzeba przyznać . Co na to powie „Jewropa”, jak przyjedzie na „Jewro”? No i ci – przepraszam – kretyni postanowili wymienić nawierzchnię. Obawiam się niestety, że na „jewropejską” kostkę Bauma. Masakra. Żegnaj Uzwizie bez Ciebie Kijów nie będzie już taki sam!

Kijów szykuje się na to co powie „Jewropa” na każdym kroku. Ciężkie szaleństwo ma też miejsce na Borispolu, czyli ichniejszym lotnisku. Jeszcze dwa lata temu było to bardzo ohydne i nieprzystosowane do czegokolwiek miejsce. Ale je zgrabnie i ładnie przebudowano i w tej chwili to bardzo ładny dworzec lotniczy – zrobiony tak na moje oko, z rozsądnym zapasem na 30 procentowy wzrost ruchu. Ruch na lotnisku w Kijowie nie jest duży. To biedny kraj z przeciętną emeryturą 100 „Jewro”. Ale nie takie numery z Paniskiem Platninm (znajomym Zbigniewa Bońka). Na „Jewro” potrzebny jest drugi terminal! No i oni go budują!  NA DWA TYGODNIE!!! Zupełnie niewiarygodne! Po „Jewro” będą odlatywać  stamtąd bociany.

Los stadionów jest przesądzony już – i w Polsce i na Ukrainie. Uprawiając turystykę alkoholowo-kulinarną siłą rzeczy musiałem patrzeć na te telewizory, a w każdym był mecz. Na wszystkich pustki na trybunach. Po „Jewro” inaczej nie będzie. Pewnie swój w Dniepropietowsku, Ihor Kołomojski będzie utrzymywał sobie dla jaj, tak samo jak w Doniecku, Rinat Achmetow. Gorzej może być z naszymi, bo u nas nie ma takich, którzy mogliby to sobie tak dla jaj zrobić. Trudno, trzeba będzie się przeprosić z Wietnamczykami. Wygląda to na jedyny ratunek.

Świetnie natomiast na „Jewro” zarobi Panisko Platnini (znajomy Zbigniewa Bońka) – nie płaci VAT, ani podatków dochodowych, z każdej rzeczy związanej z „Jewro” podbiera zdrowy procent – od praw telewizyjnych do sprzedaży piwa i gadżetów! Jedno skrzywienie jego brwi i Sejm zmienia ustawę, że można piwem handlować na stadionach! Geniusz. A nie wydał ani jednego „jewrocenta” na te inwestycje! Geniusz.

Mam tylko wrażenie, że ci którzy dali mu się zaprząść  do tego jewro kieratu geniuszami zgoła nie są.

Felieton ukazał się w Dzienniku Gazecie Prawnej

KOMENTARZE (1)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
true... darek
11 04 2012, 17.27
Autor: Cezary Kaźmierczak | 05.Kwietnia 2012

Ten blog umierał już raz - został powołany dla biznesu, a zamiast o biznesie pisałem często o polityce. Za często. Teraz umiera po raz drugi. Zaproponowano mi pisanie stałych czwartkowych felietonów do Dziennika Gazety Prawnej, no i je piszę. Ale będę tu wrzucał coś od czasu do czasu. Kto wie może go trzeba będzie kiedyś reanimować? Bo stałym felietonistą Dziennika Związkowego w Chicago też kiedyś już byłem i po 1,5 roku zostałem wyrzucony na osobiste stanowcze żądanie Prezesa KPA Edwarda Moskala, bo pisałem co chciałem, a mogłem bo z pisania nie żyję. Teraz jest podobnie.

Mały POPIS i w ogóle małe jest piękne

Chyba mamy do czynienia ze zjawiskiem niespotykanym w Polsce od lat. Otóż wygląda na to, że część opozycji jest gotowa poprzeć rząd w wybranych projektach.

Najbardziej obiecująco wygląda to w przypadku tzw. deregulacji Gowina. Minister Sprawiedliwości miał odwagę sięgnąć po raporty Fundacji Republikańskiej, której znacznie bliżej do PIS niż PO, i na tej podstawie forsować swój projekt. PIS zaś zapowiedział, że będzie ów projekt popierał.

Podobny „sojusz” szykuje się również w sprawie tzw. ustawy umorzeniowej dotyczącej niesłusznie naliczanych składek ZUS, który grupa posłów PO, wniosła do Sejmu, z poparciem Prezydium Klubu Parlamentarnego PO. Projekt od roku był wspierany m.in. przez ZPP i DGP.

Trzeci kamyk w tym ogródku, to parlamentarny Zespół ds. Wolnego Rynku, który tworzą posłowie PO, PIS, Ruchu Palikota oraz Solidarnej Polski. Wygląda na to, że posłowie PO i PIS są w nim za zgodą Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego. Zważywszy, że od wielu lat ci dżentelmeni nie byli się w stanie zgodzić w żadnej sprawie – to wydarzenie niebywałe.

Oczywiście czy istnienie tego zespołu zmaterializuje się czymś konkretnym dla Polski i przedsiębiorców, pokaże czas oraz zdolności organizacyjne, energia, determinacja (i dyplomacja) jego członków. Niemniej narzędzie jest – pytanie teraz brzmi czy i w jaki sposób zostanie użyte oraz czy gdy przyjdzie do jego użycia uda się uzyskać jednoznaczne poparcie decydentów.

Polityka nie zawsze kieruje się logiką, a szkoda. Jest bowiem cały katalog spraw związanych z gospodarką, które dla nikogo nie powinny stanowić problemu i powinny być wyjęte spod reżimu waliki politycznej. ZPP ogłosiło w ubiegłym roku listę „10 zmian dobrej woli”, których realizacja nie spowoduje oburzenia emerytów i rencistów, pielęgniarek, nauczycieli, a nawet górnicy nie przyjadą w tej sprawie palić opon pod Sejmem. Nie załamie się też z ich powodu budżet Państwa.

Może Zespół ds. Wolnego Rynku powinien zacząć od tych drobniejszych spraw, zanim weźmie się za systemowe, w wyniku, których może zostać rozpędzony na cztery strony Sejmu?

Komu bowiem przeszkadza  „zlikwidowanie konieczności nadawania nr REGON. Nie znamy przedsiębiorcy, który choć raz posłużyłby się tym numerem. Nr REGON powinien być wewnętrznym numerem organów statystycznych” albo „likwidacja konieczności przedkładania umowy najmu lokalu w momencie ubiegania się o wpis ewidencji lub do KRS. Jest to uciążliwa fikcja – nikt na poważnie nie wynajmie siedziby spółce, która nie istnieje”.

Takich spraw są setki i trzeba je jedna po drugiej likwidować, żeby przedsiębiorcy mogli zająć się rozwijaniem swoich biznesów i na tym się skupili, a nie na kompletowaniu często fikcyjnych i niepotrzebnych papierów, które urzędnikom tworzą iluzję kontroli nad wszystkim.

Przeciwnikiem będzie oczywiście wyższa klasa urzędnicza, która w ostatnich 10 latach wybiła się na niepodległość od polityków. Nie sądzę, żeby nasi dzisiejsi przywódcy polityczni uporali się z nią w sprawach systemowych i fundamentalnych, ale może uda się coś zrobić w sprawach małych, a irytujących i uciążliwych?

Mam nadzieję, że Michał Jaros i Przemysław Wipler, przywódcy tego zespołu, trafnie ocenią sytuację i dojdą do wniosku, że lepiej zrobić coś małego ale konkretnego niż ogłosić „rewolucję” i pięknie przegrać.

Niniejszy tekst pochodzi z Dziennika Gazety Prawnej.

BRAK KOMENTARZY
SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Autor: Cezary Kaźmierczak | 02.Kwietnia 2012

Premier Donald Tusk zapowiedział, że rząd debatuje nad zmianą zasad opłacania „składki na ubezpieczenia społeczne”. „Składka” byłaby zależna od dochodu i ma wahać się w granicach od 400 zł do 2400 zł. W arkuszu kalkulacyjnym Ministra Rostowskiego przedsiębiorcy posiadający wysoki dochód mogliby płacić niemal 1750 zł więcej, niż dzisiaj. Niestety, tylko w Exelu.

Śmiem twierdzić, że planowana regulacja jest dla przedsiębiorców neutralna. Poradzą sobie. Część przejdzie do szarej strefy, część wyprowadzi firmy zagranicę, część nawet zastosuje się do wskazań arkusza kalkulacyjnego Ministra Rostowskiego. Natomiast przytłaczająca większość zacznie płacić podatek ZUS według najniższej stawki 400 PLN, a Internet zapełni się ogłoszeniami „koszty kupię”.

Skąd wiem, że „przytłaczająca większość” będzie płaciła według najniższej stawki? Stąd, że ponad 90% samozatrudnionych tak właśnie płaciło przed wprowadzeniem przez Premiera Leszka Millera proporcjonalnego podatku dochodowego od działalności gospodarczej. Tym razem będzie identycznie.

Ciąg dalszy nietrudno sobie wyobrazić:

- Ostry spadek wpływów do budżetu państwa. Minister Rostowski nakazuje sprawdzić formuły w Exelu, ale nic to nie daje.

- Kolejne regulacje, rozporządzenia, ustawy, kontrole, pomysły w celu „uszczelnienia systemu”. Polski system podatkowy przestaje ogarniać ostatni doradca podatkowy,

- Kolejne podwyżki podatków, żeby ratować budżet – cel jak zwykle: opodatkowanie pracy i kierowcy. Nikomu nie opłaca się już pracować. Mamy wreszcie coś „drugiego”, po wcześniejszych nieudanych próbach. Drugą Grecję.

Nie wiem co jeszcze  musi się wydarzyć, żeby politycy przestali wierzyć w Exela. Obniżenie CIT – wzrost wpływów do budżetu. Podatek proporcjonalny Leszka Millera – wzrost wpływów do budżetu, mimo redukcji najwyższego opodatkowania z 45% do 19%. Obniżenie akcyzy na alkohol – wzrost wpływów do budżetu.

Exel aż wstał i włożył beret: - To niemożliwe!

Co się jeszcze musi wydarzyć? Jaki dowód jest potrzebny, żeby zrozumieli, że gospodarka to organizm, a nie mechanizm, w którym wystarczy przestawić parametr i zaczyna działać inaczej. Jeśli do organizmu wpuszcza się bakterię, to wytwarza on antyciała i się broni. W tym przypadku antyciałem będzie „koszty kupię”.

Niezależnie od intencji jest to działanie w istocie antypaństwowe – które kolejny obszar życia w Polsce spycha do świata równoległego oraz zagraża finansom Państwa. Znowu setki tysięcy ludzi będzie musiało kombinować, kręcić, oszukiwać. Znowu naruszona zostaje zasada stabilności prawa, a w wyniku spadku wpływów, czeka nas seria takich naruszeń. Pętla coraz bardziej się zaciska.

KOMENTARZE (3)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Witam,
No właśnie. A przecież Pan Rozstowski wydaje się być inteligentnym człowiekiem i wiedzieć co to rachunek ciągniony. Dlaczego nie chce o tym pamiętać - pojęcia nie mam.

Pozdrawiam,
Zbigniew
10 03 2012, 16.21
Autor: Cezary Kaźmierczak | 20.Lutego 2012

Ciężko w Warszawie o dobrą restaurację, niestety. Z różnych półek potrfelowych i na różne okazje. Powodów jest co najmniej kilka i już na tym blogu o tym pisałem. Nie brakuje natomiast wynalazków obrażających Boga i ludzi.

Z pewnych powodów jeżdżę ostatnio często ulicą Włodarzewską. Mieszkałem tam kilka lat, potem kilka lat tam nie bywałem i miałem spokój. Teraz ten spokój utraciłem. Dzieje się tak z powodu widocznych tamże reklam “restauracji” Pink Flamingo, która reklamuje się jako “restauracja amerykańska”.

To Amerykę ośmiesza, a ja kocham ten kraj i będę go bronił.

Większość ludzi, która w US nie była (lub była i $ szkoda było) myśli, że kuchnia amerykańska jest okropna. Zgoda - ta okropna też jest. Ale generalnie jeśli chodzi o restauracje nie spotkałem nigdzie lepszych knajp niż w USA, a byłem w 70 krajach świata i zawsze był to przedmiot mojego wielkiego zainteresowania. Wadą dobrych knajp w Stanach są ceny - np. obiad w najlepszym na świecie steakhouse w Chicago (Chop House, 60 West Ontario Street)  to niestety ok. $100 na głowę. No ale to są Himalaje. Takie Alpy to wydatek $40-50 za obiad. Poziom “Alp” jest jednak taki, że Warszawie to musiałbym się bardzo zmóżdżyć, żeby takie alpejskie miejsce wskazać.

Są oczywiście też restauracje smorgasboard (jesz ile chcesz za $6 -9) czy familiy restaurant ($10-20 za obiad) no ale je trzeba raczej omijać, chyba że nie ma się kompletnie forsy, a jeść przecież trzeba.  Szczególnie na początku pobytu w US zdarzało mi się w takich miejscach bywać i zaręczam, że to jednak ekstraklasa przy Pink Flamingo.

Wystrój tej “restauracji” jest niezły - odpowiada estetyce jeszcze innej kategorii amerykańskiej gastronomii, a mianowicie barom fast food, które w ogóle nie nazywają się restauracjami. Niektóre zresztą są bardzo dobre - jak jestem w Chicago ZAWSZE specjalnie jadę do Portillo w Arlington Heights, żeby zjeść wspaniałego hot doga (Vienna Beef), którego tam dają. Kiedyś w barach na Maxwell Street serwowano znakomitą Maxwell Polish Sausage, ale MS już nie ma :(

Pink Flamingo natomiast doprowadza mnie do szału dlatego, że kilkakrotnie podjąłem tam nieudaną próbę zjedzenia czegokolwiek. Żeberkami mnie po prostu rozśmieszyli, źle zgrilowane, raczej na pewno nie dopiekane i w dodatku polane najtańszym chyba sosem BBQ na rynku. W ogóle restauratora, który używa sosu BBQ ze sklepu, należałoby aresztować i bić 3 dni kijem bambusowym.

Nie wiem czy pisać o”Nachos”, które kiedyś usiłowałem tam zjeść. Obawiam się, że zbyt szczegółowy opis może spowodować, że ludzie przestaną to czytać. Może krótko: mam wrażenie, że kupili oni te “Nachos” 3 lata temu w Biedronce jako gotowe danie i na szybko rozmrozili je w mikrofalówce. Myślę, że trudno znależć w Warszawie budkę uliczną gdzie dostanie się coś podobnej jakości.

O “steakach” w Pink Flamingo  pisał nie będę, bo po prostu nie umiem. A wynalazek pt. Wyoming Cowboy Steak obawiam się, że jest podawany wyłącznie w Pink Flamingo. Już pomijając jego “jakość” -  w życiu w prawdziwych steakhousach byłem ok. 700 razy i nigdy z takim wynalazkiem się nie spotkałem. Steaki można robić z określonych ściśle miejsc w wole - wszystkie one są zidentyfikowanie i nazwane i innych nie ma (Filet Mignon, Porterhouse, Prime Rib, New York, Sirloin, Rib Eye, etc).  Okazuje się, że nie dla wszystkich. Może zresztą niepotrzebnie się czepiam - oni może jakiegoś odkrycia kulinarnego na skalę światową dokonali.

Łącznie w Pink Flamingo byłem z 5-6 razy. Sado-maso? Nie, po prostu to Park Szczęśliwicki i w żadnej okolicznej knajpie nie było wolnych miejsc.

Miejsce nadające się wyłącznie na piwo.

Ale… i tu zaczyna mną trochę trząść. Ludzie myślą, że to KUCHNIA AMERYKAŃSKA. Otóż oświadczam, że Pink Flamingo ma tyle wspólnego z kuchnia amerykańską, co ja z bombardowaniami Drezna w czasie II wojny światowej.

Amerykańska Ambasada powinna coś z tym zrobić, bo to ich naprawdę ośmiesza. Nie wiem -  ponegocjować, postraszyć, jak nic nie da wysłać Neavy Seals albo Homeland Security. Nie powinni w każdym razie tego tak zostawiać.

KOMENTARZE (2)
ZOBACZ WSZYSTKIE SKOMENTUJ ARTYKUŁ
Za rekomendacją Czarka byłem w Chop House, 60 West Ontario Street i rzeczywiście mistrzostwo świata. Dlatego też koledze należy się 5 gwiazdek w obszarze 'wiarygodność kulinarna':) Marcin Nowacki
04 02 2012, 21.31
Autor: Cezary Kaźmierczak | 04.Lutego 2012